Europa Zachodnia

Korrida od kulis widziana na żywo. Czy walki byków naprawdę są tak straszne?

Z korridą mamy fundamentalny problem i nie chodzi tu wcale o dręczenie biednych zwierząt. Po prostu nie pasuje nam estetyka towarzysząca temu wydarzeniu oraz argumenty podnoszone przez zwolenników tej wielowiekowej tradycji. Jednak czy mamy prawo ingerować w obyczaje innych narodów, mając zupełnie inną wrażliwość i kompletnie odmienną kulturę i obyczaje?

Na korridę trafiliśmy przypadkiem. Akurat byliśmy w Sewilli, która, tak przy okazji, jest fenomenalnym miastem i jeśli jeszcze tam nie byliście, to koniecznie musicie nadrobić. Kiedyś pewnie opiszemy to miasto na blogu. W każdym razie, zwiedzanie to była czysta przyjemność – od rana zwiedziliśmy więc monumentalną katedrę, pałac Alkazar, wąskie uliczki starówki i Plac Hiszpański. W przerwach była sangria, churrosy i świetne gazpacho, więc mimo 39 stopni w cieniu humory bardzo nam dopisywały. Było tuż po 17, a nam do obejrzenia została tylko arena walk byków, niedaleko której zaparkowaliśmy rano auto.

Idziemy więc sobie w stronę areny, a im bliżej jesteśmy, tym bardziej gęstnieje tłum. W pewnym momencie widzę Justina Biebera. No, prawie. Bo mój Justin Bieber ubrany jest w obcisłe czarne spodenki i kolorową marynarkę obszytą tysiącami różnokolorowych cekinów. Cała reszta się zgadza – gładkolicy, na oko 16 lat, brylantyna we włosach i wielka owacja jaką dostaje dostojnie stąpając ulicą. Młody Bieber uśmiecha się, macha tłumom, a że akcji zwykle towarzyszy reakcja, na jego każdy uśmiech przeraźliwym piskiem reaguje spory tłumek nastoletnich fanek.

bull

To nam wystarczy – szybka konsultacja i już stoimy w kolejce po bilety na korridę. Trochę kosztują – najtańsze wejściówki są po 20 euro na tzw. trybunę słoneczną. Brzmi dobrze, nasz budżet nie jest z gumy, a przy okazji lekko się opalimy, więc kupujemy. Szybko okazuje się, czemu nasza trybuna tak się nazywa – jest późne popołudnie, a słońce napieprza nam centralnie w twarz. Nie bardzo pomagają nawet okulary przeciwsłoneczne.

Zabiłem byka…

Ale nie tylko my popełniamy ten błąd – na naszej trybunie są tylko turyści i miejscowe Mietki-żule. Każdy lokales wygląda tak samo – jak podstarzały Benicio del Toro, który w oczekiwaniu na dobrą rolę przytył 50 kilo, a ostatni prysznic brał jakieś 3 miesiące temu. Klasyczni hiszpańscy macho z przerzedzonymi włosami pokrytymi grubą warstwą żelu. Zapach potu zlewa się w jedno z obfitą warstwą taniej wody kolońskiej i wszechobecnym smrodem taniego tytoniu, który każdy z nich pali (oczywiście wcześniej pieczołowicie skręcając na kolanach skręta) i/lub przeżuwa, a na koniec obficie spluwa. Gdy nie pali, łuska ogromnego słonecznika i oczywiście wypluwa pestki tam, gdzie jest już kałuża z jego śliny. A gdy mówi, ma ten uroczy zachrypnięty głos, jakby przez 30 lat zapijał ten tytoń wodą brzozową.

Miejscowego poznasz też po tym, że przychodzi na taką imprezę z własną poduszką – i to nie byle jaką. To specjalne podusie, często z wyhaftowanym przez mamunię wizerunkiem byka albo toreadora. A podusia jest niezbędna, bo siedziska są kamienne, a jedna gala trwa ok. 4 godzin. A nie chcesz przecież złapać wilka, co nie?

W Hiszpanii takich jak oni dumnie nazywa się aficionados, czyli fanatycy, znawcy, miłośnicy. Jaki sport, tacy ultrasi…

…cóż to był za byk

Z tego samego powodu równie łatwo zlokalizujesz turystę – poznasz go po białym kapeluszu (za 10 euro) i białej podusi, którą sprzedają uczynni sprzedawcy. Procedura zakupu zwykle wygląda tak samo: sprzedawca podchodzi do delikwenta i pokazuje swoje dobra. Turysta dziękuje, bo na cholerę mi podusia. Sprzedawca nie przekonuje go, tylko się uśmiecha, bo wie, że swoje i tak zarobi – jak tylko delikwent zobaczy swoje miejsce na trybunie, wróci do niego w podskokach. I tak interes się kręci.

W końcu jesteśmy na trybunach, do rozpoczęcia korridy pozostało jakieś 20 minut, oglądamy więc program zawodów, który jest tak naprawdę małą książką. Znajdziemy w niej szczegółowe biografie torreadorów – czym się interesują, kto ich trenował, jakie są ich cechy szczególne, wady i zalety na arenie, ile byków i jakie mają na rozkładzie. A także jakiej muzyki słuchają i co najbardziej lubią jeść (pewnie wołowinę, hehe). To akurat nie dziwi, bo czołówka toreadorów ma w Hiszpanii status równy największym celebrytom – aktorom czy piosenkarzom. I na równi z nimi dzielą łamy miejscowych bulwarówek, które donoszą o ich miłosnych podbojach i innych faktach z życia.

bull3
Źródło: Wikimedia

Ale na tym informacje w programie się nie kończą – dowiemy się też z niego, kto wchodzi w skład drużyny matadora. No tak, bo każdy ma swoją ekipę – pikadora, matadora i zwykłe krawężniki, których zadaniem jest podkurwianie i odwracanie uwagi byka.

No właśnie, bo o ile informacje o matadorach nie dziwią, to już fakt, że równie dużo miejsca poświęcono w nim bykom, już trochę tak. W programie znajdują się ich wymiary (przeciętny byk waży ok. 450-500 kilogramów, choć zdarzają się kolosy ważące nawet 100 kilo więcej – w naszym programie figurował taki delikwent o uroczym pseudonimie „El Diablo”), cechy szczególne, a także miejsce pochodzenia, osoba, która wyhodowała takie cudo, czasem nawet jego dieta (nie żartuję). Nie wątpię, że dla koneserów są to bardzo istotne informacje, z których mogą wysnuć wnioski, czego spodziewać się po danej konfrontacji – wnoszę to po siedzących tuż nade mną hiszpańskich macho, którzy przeglądając program cmokają co chwila z zadowoleniem. Lekturę przerywa nam orkiestra grająca podniosły marsz obwieszczający rozpoczęcie zawodów. Na arenę wychodzą wszyscy matadorzy przy dzikiej owacji publiki.

Krew z niego sika…

I zaczynają się walki, każda według z góry ustalonego scenariusza. Mamy toreadorów drażniących byka, konnego pikadora, który wbija bykowi lancę w kark i piechurów, wbijających mu z zaskoczenia krótkie włócznie. Dopiero gdy byk jest podmęczony, na arenę wychodzi matador, który ostatecznie męczy zwierzę. A gdy już dostatecznie je zamęczy, wbija szpadę w kark byka. Każde z trafień spotyka się z owacją publiki. Po ciosie szpadą byk pada „na kolana”, a wtedy podbiega do niego jakiś specjalista od dobijania i małym sztyletem posłanym w okolice mózgu wieńczy dzieło. Po chwili znów rozlegają się fanfary, a na scenę wjeżdża traktor z taką jakby broną, pod którą podczepia się zwłoki byka. Ludzie biją brawo i ryczą z zadowolenia, rzekomo na cześć odważnego zwierzęcia, które podjęło honorową walkę.

bull1

Źródło: Wikimedia

No właśnie, honorowo. Piszę o korridzie nie bez kozery, bo pod koniec maja media podały informację o przerwaniu korridy w Madrycie po tym, jak w czasie korridy byki poraniły trzech torreadorów. Więcej na ten temat możecie przeczytać tutaj, a dość drastyczny film z zawodów obejrzycie poniżej.

I tego właśnie nie rozumiem.

…siku, siku, sik

Bo skoro koronnym argumentem zwolenników korridy jest fakt, że to honorowa walka człowieka ze zwierzęciem, to czemu przerwano ten spektakl? I to dokładnie w momencie, gdy byk zaczął wygrywać? Czy ktokolwiek przerywa korridę, gdy człowiek masakruje byka? A o równej walce możesz zapomnieć.

W tej wielowiekowej tradycyjnej formule korridy fakty są takie, że aby dać się zabić czy choćby zranić bykowi, trzeba być naprawdę ostatnią łamagą. Za każdym razem matadorowi i torreadorowi towarzyszy horda ludzi, gotowa doskoczyć do zwierzęcia, by zminimalizować ryzyko. Albo weźmy tego pikadora – gdy wyjeżdża na arenę ze swoją lancą, jest cały okuty niemal w zbroję, podobnie jak koń, na którym jedzie. A dodatkowo towarzyszy mu w razie czego kilku odganiaczy, gdyby byk jednak zdołał mu zagrozić.

Gdzie tu honor? Gdzie poszanowanie zwierzęcia? Być może korrida powinna iść z duchem czasu w stronę igrzysk śmierci i postępującej brutalizacji rozrywki, gdzie najważniejsza jest żądna krwi publika. Być może należy usunąć tych wszystkich asystentów i pikadorów, zmniejszyć arenę o połowę, postawić kilkumetrową siatkę i kazać matadorowi mierzyć się z bykiem mano a mano. Wiem, brzmi strasznie, ale przynajmniej jest to honorowe rozwiązanie. Różnica dla publiki żadna, bo i tak byłaby krew. Dużo krwi. A o to chodzi publice, nie o jakąś "szlachetną walkę człowieka ze zwierzęciem".

Dziś matador ryzykuje, co najwyżej tym, że straci dobre imię, jeśli okaże się fajtłapą. W Sewilli frajerem okazał się młody Justin Bieber, który miał poważne problemy z dobiciem byka – dwa razy po jego ciosach szpada lądowała nie tam, gdzie trzeba. Mękę wyczerpanego zwierzęcia zakończył dopiero trzeci cios, ale matador został mocno wygwizdany przez najbardziej ortodoksyjnych ultrasów.

bull2

Źródło: Wikimedia

Dla mnie korrida to trochę słaba historia, ale wcale nie ze względu na bestialstwo i męczenie zwierząt. Bo one i tak wylądują na twoim talerzu. Bardziej męczy mnie ten cały cyrk i otoczka, ale może jestem trochę spaczony, bo już kilka świniobić w moim życiu widziałem. I myślę, że te świnki też się jakoś tam męczyły, nawet jak je ogłuszano. Różnica jest tylko taka, że jak przyjeżdżał do nas pan Rysio – zaprzyjaźniony rzeźnik, to nie nakładał ozdobnego fraka, tylko obsyfiony fartuch, a jedynym elementem fiesty był literek Żytniej, który w trakcie roboty obalali z moim dziadkiem na "drżenie rąk".

My tej korridy nie skończyliśmy oglądać – wyszliśmy bodaj po trzecim albo czwartym byku (było w sumie sześć "walk"). Czy warto zobaczyć, jeśli będziecie mieli okazję? Wszystkiego warto spróbować, choć nie jest to „rozrywka” dla ludzi o słabych nerwach.

A co wy sądzicie o korridzie? Jesteście za, przeciw, a może uważacie, że to taka hiszpańska tradycja taka jak nasze świniobicie i nic nam do tego? Czekamy na wasze komentarze, bo jesteśmy bardzo ciekawi waszego zdania na temat korridy. Dlatego też pozostawiamy tu mały sondaż. Z góry dzięki za wasze głosy.

PODOBAŁ CI SIĘ WPIS? POLUB NA FEJSBUKU, PODZIEL SIĘ Z INNYMI! 

Print Friendly, PDF & Email

You Might Also Like

6 komentarzy

  • Odpowiedz
    Karolina
    Październik 29, 2017 at 1:05 pm

    cześć, 

    wybieram się za tydzień do Sewilli. Nie mogę znaleźć na stronie internetowej areny jak jest z pokazami walk – czy one odbywają się codziennie, czy w wybrane dni, októrej godzinie itp. Weekendowi, pamiętacie może ?

     

    pozdrawiam

     

  • Odpowiedz
    Klaudia
    Lipiec 14, 2017 at 1:57 pm

    Ja nie jestem zwolenniczką tego "zwyczaju", ale chcę zobaczyć corridę na własne oczy i postarać się zrozumieć, dlaczego Hiszpanie sa tak bardzo dumni z tego zwyczaju… A co so Sewilli – tak, cudowne miasto 🙂 Pozdrawiam

  • Odpowiedz
    qwerty
    Grudzień 8, 2015 at 12:56 pm

    Brak humanitaryzmu i bestwialstwo w jednym! Zabijać dla zabawy? A podobno XXI wiek mamy…

  • Odpowiedz
    JA
    Październik 19, 2015 at 9:03 am

    facet w cekinach wygląda IMHO raczej durno niż zabawnie, ale co kraj to obyczaj, natomiast robienie widowiska z zabijania jest chore

  • Odpowiedz
    Anthien
    Lipiec 3, 2014 at 3:00 pm

    Korrida to hiszpańska tradycja i miejscowi mogą mówić co chcą, ale dla mnie to typowe dręczenie byka, dla zabawy ludu. Być może to pozostałości po Igrzyskach rzymskich, ale nie wydaje się żeby było czymś przyjemnym. Zabijać zwierzęta na mięsko należy szybko i humanitarnie, a nie rozwlekle i na oczach innych. Jestem pewna, że nie mogłabym oglądać takiego przedstawienia – jak babcia zabijała kurę to uciekałam czym dalej, a co dopiero patrzeć na cierpienie byka :).
    Pozdrawiam!

  • Odpowiedz
    Marcelina
    Lipiec 1, 2014 at 10:05 pm

    Mnie tam zawsze po prostu będzie śmieszyć facet w cekinach i różowych skarpetkach. Przyjmuję, że to istnieje, ale chyba nie potrafiłabym na to patrzeć (nie to, że jestem wegetarianką albo innym pierdo-ekologiem, po prostu trauma po moim zabitym psie).

    A tak w ogóle – ” a jedynym elementem fiesty był literek Żytniej, który w trakcie roboty obalali z moim dziadkiem na „drżenie rąk”.” –> chyba cecha charakterystyczna każdego polskiego dziadzi 😀

  • Leave a Reply