Inne

Jak po 9 latach wróciłem do chodzenia po górach. I poniosłem klęskę

No dobra, może nie było aż tak źle. Było gorzej. Bo w konfrontacji moich oczekiwań i planów w stosunku do realnych możliwości i aktualnej kondycji wypadłem co najmniej jak Brazylia przyjmująca od Niemców siódemkę w półfinale mundialu. Ale mimo powrotu na tarczy i tak nie żałuję tego wypadu.

Zanim zostałem rozbijającym się po Europie Weekendowym Podróżnikiem, przez kilka dobrych lat nie wyobrażałem sobie wakacji bez tradycyjnego tygodniowego wypadu do Zakopanego. Tatry to był mój żywioł – uwielbiałem te wielogodzinne wędrówki w pięknych okolicznościach przyrody. W dużej grupie, z najbliższymi znajomymi albo samemu. I szczerze – najbardziej chyba lubiłem wychodzić w góry sam. Wiecie, żeby zebrać myśli, pobyć sam ze sobą, zastanowić się nad swoim życiem. No i iść własnym rytmem, bo choć chodzić po górach lubię, to moja kondycja nigdy nie podzielała szczególnie tej pasji.

Dlatego z Zakopca mam same miłe wspomnienia. Pierwszy raz na chodzenie po górach przyjechałem tu w 2002 roku. Z dwoma kumplami, w sumie trochę na doczepkę do odrobinę większej grupy, która miała już dość solidne doświadczenie w zdobywaniu szczytów. Nasza grupka wytrzymała ich tempo tylko pierwszego dnia, gdy zdobyłem moją pierwszą górę w Tatrach, czyli Granaty. Tak – nie Nosal, nie Giewont, tylko pieprzone Granaty.

Dziś się z tego śmieję, ale jak sobie przypomnę te męczarnie, powłóczenie nogami, przeklinanie w duszy i na głos wszystkiego i wszystkich… Było ciężko. Ale udało się. Jakoś. Choć następnego dnia nie miałem siły podnieść się z łóżka.

Moja noga więcej tu nie postanie!

Od tej pory jeździłem co roku i choć nie jestem jakimś wielkim taternikiem, swoje zaliczyłem. Dolina Roztoki, Giewont, Kasprowy (najbardziej nieprzyjemna góra do wchodzenia ze wszystkich, z jakimi miałem do czynienia), Zawrat, Kozi Wierch, Kościelec. Oczywiście, zupełnie po amatorsku – w czasie takiego jednego wyjazdu sił starczało zwykle na zdobycie 2, góra 3 wysokich górek. Nigdy też nie nocowaliśmy po schroniskach. Wyprawę zawsze planowało się tak, żeby pod wieczór zameldować się w Kuźnicach, by stamtąd popędzić do knajpy na ogromnego schaboszczaka z frytami.

Oczywiście, za każdym scenariusz był taki sam: pełen nadziei ruszałem do Zakopanego, by już po pierwszym lub góra drugim dniu kwicząc z bólu obiecywać sobie, że moja noga już więcej w górach nie postanie i za rok jadę na jakiś all-inclusive pod palmami, bo na urlopie to trzeba odpoczywać, a nie się męczyć.

Ostatni raz byłem „na górkach” w 2005 roku. Potem jakoś się nie składało – rok później byłem na work&travel w USA, potem zacząłem pracować, a jeszcze rok później poznałem Izę i…tak narodzili się Weekendowi Podróżnicy, choć wtedy jeszcze bez bloga. Zresztą, odkąd się poznaliśmy, byliśmy w Zakopcu 2 razy, ale że była to zima, to naszym największym wysiłkiem było stanie w kolejce do kolejki na Kasprowy.

Miłe złego początki…

Na pomysł powrotu do Zakopanego wpadłem jakieś 3 tygodnie temu. Szybka konsultacja z Łukaszem i ruszamy na lekko przedłużony męski weekend pełni werwy i nadziei na solidne wspinanie. Bez Heldona i bez szanownych małżonek, które zostały w domu.

Plan jest ambitny, w zasadzie to tak ambitny, że aż wstyd się przyznać: w sobotę chciałem wejść przynajmniej na Świnicę, a jak zdrowie pozwoli, to podejść jeszcze dalej na Kasprowy i potem w zależności od sił zejść lub zjechać do Kuźnic. Wiecie, „na świeżości”.

W niedzielę dla relaksu walniemy sobie jakiś Giewont, bo pewnie będziemy trochę zmęczeni, więc nie ma co szarżować. A w poniedziałek mamy autobus po 15, więc tylko szybko zaliczymy jakąś dolinkę.

Jasne, gdzieś tam z tyłu głowy kołatało mi się, że obaj jesteśmy tylko nędznymi biurwami spędzającymi większość życia za biurkiem, co raczej nie wpływa zbawiennie na wydolność. A poza tym – skoro dekadę temu chodzenie po górach przychodziło mi z trudem, to czemu teraz miałoby być lepiej?

I tak 5 lipca bladym świtem po prawie bezsennej nocy spędzonej w zatłoczonym PolskimBusie dotarliśmy na dworzec w Zakopanem. A już chwilę po siódmej rano byliśmy w Kuźnicach i ruszaliśmy w kierunku schroniska w Murowańcu.

Ten pierwszy etap przeszliśmy bez większego szwanku i w Murowańcu zameldowaliśmy się po niecałych dwóch godzinach marszu. Po krótkiej przerwie ruszyliśmy na Czarny Staw Gąsiennicowy, obeszliśmy go i skierowaliśmy się w stronę ścieżki na Zawrat. Akurat zachmurzyło się tak jakby zaraz miała przejść burza, więc po chwili wróciliśmy się i przy wejściu na Granaty zrobiliśmy sobie kwadrans przerwy. Po chwili się rozpogodziło i ruszyliśmy w drogę.

…lecz koniec żałosny

Niestety, tu zaczęło się małe piekło. Najpierw był tylko lekki dyskomfort – coraz bardziej ciążące kolana, potem pieczenie w łydkach, które z każdym krokiem coraz mocniej rozlewało się na uda i w końcu palce u stóp. Do tego palące słońce i my – prawdziwi mężczyźni, którzy przecież nie potrzebują kremu z filtrem.

W pewnym momencie do bólu nóg doszła zadyszka, a postoje musieliśmy robić najpierw co 4 minuty, potem co 3, co 2 i w końcu co 1 minutę. Szliśmy jednak dalej jak te pały aż w końcu dosłownie kilka minut od łańcuchów i drabinek prowadzących na Zawrat stwierdziliśmy, że nie ma sensu dalej iść. A właściwie to ja stwierdziłem. Bo to ja byłem bardziej zmęczony i z mojego powodu musieliśmy robić postoje. I miałem dosyć. Nie wiem czy bardziej miałem dosyć bólu czy tego, że Łukasz musi na mnie czekać.

Nie wiem czy sam wlazłbym na Zawrat swoim tempem, ale myślę, że to byłoby możliwe. I może nawet jeszcze potem doszedłbym na Świnicę. Pewnie nie byłoby to zbyt mądre – takie wejście na zasadzie "zdechnę, a wejdę". Totalnie nieodpowiedzialne. Dlatego cieszę się, że ostatecznie skończyliśmy naszą wędrówkę tam, gdzie skończyliśmy.

To chyba normalne – nie lubię spowalniać innych, być piątym kołem u wozu, ostatnim gościem, na którego trzeba czekać. Dlatego zawróciliśmy do Murowańca.

Wyprzedzali nas wszyscy…

Schodzenie poszło nam już znacznie sprawniej, choć gdy w końcu zameldowaliśmy się tuż po godz. 15 w schronisku i usiedliśmy na obiad, zmęczenie ogarnęło nas obu. Trzeba było jednak wracać, a powrót okazał się być dla nas prawdziwą drogą przez mękę. Czemu, spytasz? Bo zamiast iść żółtym szlakiem przez Dolinę Jaworzynki postanowiliśmy jak te ostatnie pały, że nie będziemy wracać tą samą drogą i wybraliśmy niebieski szlak przez Boczań. Co warunkowało żmudną wędrówką po wysokich kamieniach i ogromny ból stóp. Nie licząc już faktu, że wyprzedzali nas właściwie wszyscy, wliczając w to emerytów i rencistów, a także jedną panią poruszającą się o lasce. Fakt, daliśmy jej drobne fory, bo w parę minut po jej wyprzedzeniu (Co uczciliśmy głośnym przybiciem piątki), zatrzymaliśmy się na obowiązkowy postój, bo ktoś dzwonił do Łukasza. Dzwonek telefonu przywitałem oczywiście z wielką ulgą.

No to siedzimy ze zwieszonymi jęzorami, on gada, ja się regeneruję. I nagle słyszymy śmiejącą się babcię. – No, skoro nawet tacy kawalerowie nie mają pary, to co dopiero ja? – i poszła dalej.

Ostatecznie udało nam się ją wyprzedzić tuż przed „metą”.

O dziwo, w niedzielę obudziliśmy się całkiem rześcy i po pożywnym śniadaniu już ok. 10 rano byliśmy w Kuźnicach. Marsz na Giewont poszedł nam dość sprawnie, a przynajmniej do tej wspinaczki na Kopę Kondracką. Do Hali Kondratowej przeszliśmy bez problemów, dalej też było łatwiutko. A potem… Potem zanotowałem powtórkę z rozrywki – najpierw 100-120 kroków pod górę i postój. Potem 80-90 i tak coraz mniej. Na szczęście tym razem moje ego ucierpiało nieco mniej, bo publika wybierająca się na Giewont była bardzo różnej kondycji, często nawet gorszej od naszej. Tak, nie ma się z czego cieszyć, ale wiecie jak to jest z Polaczkami – nieważne, że u ciebie źle. Grunt, że inni mają gorzej.

W końcu jakoś doszliśmy na ten Giewont i zabraliśmy się za schodzenie żółtym szlakiem do Doliny Małej Łąki. I byłoby super, gdyby nie złapała nas solidna ulewa.

Tak czy inaczej, po 17 byliśmy na miejscu. Szybka kolacja i godzinę później meldujemy się w hostelu. A tam…całe zmęczenie z dwóch dni wychodzi na wierzch. O tym, w jakim byliśmy stanie, obrazuje następujący dialog.

– Dobra, idę pod prysznic – mówi Łukasz.
– Spoko, tylko się pospiesz, bo ja też chcę – odpowiadam.
– Ok – mówi Łukasz.

Obaj leżymy na swoich łóżkach w pozycji totalnego wyczerpania (czyli ręka, noga, mózg na ścianie) z tabletami w rękach i zbieramy się do tego prysznica. Mija tak nam godzina, dwie… W końcu.
– Dobra Łukasz, idę pod prysznic – mówię.
– Ale przecież ja miałem iść – wychyla głowę znad tabletu.
– Ale jest 22.30! – odpowiadam:)

Jak zapewne już się domyślacie, poniedziałek spędziliśmy spacerując leniwie po Krupówkach, bo na żadne „dolinki” nie mieliśmy siły.

Wyjazd oceniam pozytywnie. Mimo tej porażki z wchodzeniem pod górę. Dla mnie to taki mały dzwonek alarmowy, żeby zabrać się za siebie. Żeby chociaż tych emerytów i rencistów powyprzedzać, bo tak to trochę wstyd.

PODOBAŁ CI SIĘ WPIS? POLUB NA FEJSBUKU, PODZIEL SIĘ Z INNYMI! 

Print Friendly, PDF & Email

You Might Also Like

4 komentarze

  • Odpowiedz
    Marcin Wesolowski
    Lipiec 25, 2014 at 9:41 am

    Bardzo fajny tekst! Tak jakbym czytał o swojej wyprawie w Tatry, kiedy to było, chyba w 2011 roku, może w 2010. Paliłem, nie uprawiałem żadnego sportu, zapuściłem się, a mimo to poszedłem z siostrą na ambitną trasę. W pewnym momencie myślała, że będzie musiała ściągać śmigłowiec. Wróciłem tak zrujnowany i żałosny, że szkoda to w ogóle opisywać. Ale potem mijały lata, wziąłem się za siebie, zacząłem oprawiać kolarstwo i w zeszłym roku wybrałem się w Tatry ponownie. Było cudownie, prawie 30 km wędrówki od świtu do nocy, ambitne podejścia i idealna kondycja! Takie chwile, kiedy ktoś ponosi porażkę, potrafią zmotywować! Pozdrawiam!

  • Odpowiedz
    balkanyrudej
    Lipiec 15, 2014 at 12:25 pm

    Długa przerwa od gór i innych form aerobowego treningu może skutkować później problemami w trekkingu. Ja swoją górską traumę przeżywałam na początku bałkańskiego trekkingu w 2010. Po intensywnym sierpniu (woodstock, wesela, imprezy), gdy we wrześniu wyruszyliśmy na trekking, mój organizm pokazał mi środkowy palec i na samym początku wyprawy leciała mi krew z nosa, a ciężki, 30kilowy plecak dawał ostro w kość. Po dwóch dniach doszłam do siebie, ale miałam nauczkę, by przed wyprawami oszczędzać organizm (i pić mniej alkoholu) ;P

    • Odpowiedz
      Weekendowi
      Lipiec 15, 2014 at 12:45 pm

      Hej 😉
      Dla mnie ta ostatnia wyprawa to taki sygnał ostrzegawczy, żeby generalnie zacząć się chociaż trochę więcej ruszać 😉
      A jeśli chodzi o przygotowanie do górskich wędrówek, to IMO taką niezawodną metodą jest to, żeby tak gdzieś dwa tygodnie przed wyjazdem trochę potruchtać, pojeździć na rowerku etc. Nie musi być tego dużo, ale ważne, żeby robić to codziennie. Żeby nogi i ogólnie organizm przyzwyczaić do wysiłku 😉

      Pzdr

      • Odpowiedz
        balkanyrudej
        Lipiec 15, 2014 at 2:13 pm

        Ja generalnie teraz nie muszę już się specjalnie przygotowywać, bo od 2-3lat mam stałą, w miarę dobrą kondychę (praktycznie codziennie ćwiczę plus spaceruję/jeżdżę na rowerze. Niestety z biegania częściowo musiałam zrezygnować.). Wiadomo, raz jest lepiej, raz gorzej, ale generalnie teraz nie narzekam. Ta nauczka 4 lata temu dała mi do myślenia 😉

    Leave a Reply