Inne

7 świetnych filmów, które zrobiły ze mnie podróżnika [CZĘŚĆ 1]

Zdjęcie, opinia znajomych, książka, artykuł, jakiś urywek w telewizji – jest wiele czynników, które decydują o tym, że chcemy gdzieś pojechać. Dla mnie przy wybieraniu celów podróży często decydujący był dobry film. Oto krótka lista arcydzieł kinematografii, które zdecydowały o tym, że zacząłem sobie jeździć po świecie. Nie są to bardzo znane filmy, a większość z nich nie jest nawet o "podróżach", mają jednak w sobie to coś.

Dobre „lokowanie” miasta w filmie to nie jest jakaś wielka filozofia – albo ktoś robi to dobrze, albo tak jak Woody Allen.Albo tak jak ci goście, którzy zrobili "Fenomen" – najmniej zabawną komedię w historii polskiego kina. Która jak na złość została zrobiona w moim rodzinnym Płocku. No ale dość narzekania – zaczynamy nasze zestawienie.

1. Król Stefan

Wszystko zaczęło się jakieś 12 lat temu – był środek tygodnia I środek nocy, tuż po godzinie 1 (wtedy byłem jeszcze nocnym markiem, dziś skutecznie oduczyła mnie tego moja córka). Znudzony skakałem po kanałach i trafiłem na TVP1, która akurat puszczała ten film. Wiecie, jak jest – dziś o tej porze TVP puszcza głównie powtórki, ale kilka lat temu obowiązywała jeszcze zasada: im późniejsza pora, tym ciekawszy film/program możesz w TVP obejrzeć (Właśnie dlatego powstało TVP Kultura – żeby TVP wreszcie nie musiała puszczać ambitnego kontentu i z lubością mogła upodabniać się do TVN i Polsatu). Ot, taka misja.

No to patrzę w opis, a tam stoi jak byk, że to węgierska rockowa opera opowiadająca historię początków państwa węgierskiego. Nakręcona w 1983 roku z udziałem wszystkich najpopularniejszych węgierskich muzyków rockowych. Wyglądało to nader obiecująco, więc obejrzałem i…szczęka mi opadła do samej ziemi. Zresztą, zobaczcie sami.

Na gitarową nutę opowiedziano tu historię walki o tron księcia Gezy, o który rywalizują Stefan – nawrócony na chrześcijaństwo syn Gezy, zwolennik modernizacji kraju, któremu wedle chrześcijańskich zwyczajów należy się władza. Jego rywalem jest Koppany – brat Gezy, trochę dzikus i zwolennik starej plemiennej i pogańskiej tradycji. Ale nie może to dziwić, gdyż w myśl tych zwyczajów to właśnie jemu należy się tron, bo jest najstarszym żyjącym mężczyzną z domu Arpada. No i chłopaki tak prześpiewują się nawzajem przez połowę filmu – Koppany swoje, a Stefan na to, że jest pomazańcem Bożym  (czy Wam też zawsze się wydawało, że ten wyraz jest tak okropnie nie na miejscu?), a na władcę Madziarów wybrał go sam Stwórca.

O tym jest cały musical – panowie i ich poplecznicy śpiewnie przerzucają się argumentami. I robią to na cholernie wysokim poziomie, bo muzycznie „Król Stefan” to prawdziwy majstersztyk, w którym każdy znajdzie coś dla siebie – jest sporo hard rocka, klimatyczny folk, klasyczny pop rock, a nawet jakieś tam kabaretowe wstawki. Co ciekawe, w konfrontacji obu bohaterów mi zdecydowanie bliżej było do Koppany’ego, który jak przystało na czarny charakter dostał same ostre, niemal metalowe kawałki. A przy tym wygląda jak pieprzony Adonis. Przy nim Stefanek to chłystek, który na dodatek podśpiewuje rzewne balladki o rozterkach moralnych.

No, ale jak to z pomazańcami (fuj) bywa, na końcu zawsze zwycięża dobro. Armie kierowane przez obu panów spotykają się w ostatecznej bitwie, w której wygrywa Stefan, a Koppany ginie. Pewnie myślicie, że jako miłujący pokój chrześcijanin, Stefan ulitował się nad pokonanymi? A takiego wała! Ciało Koppany’ego zostało poćwiartowane, a każdy z czterech kawałków trafił w inną stronę Węgier jako przestroga. A żeby było śmieszniej, w filmie Stefan może i by się ulitował nad zwłokami rywala, bo jest taka scena, w której się waha, co zrobić. Wtedy jednak włącza się jego matka Sarolt (swoją drogą, strasznie irytująca baba), która nie zna słowa litość (Ale jej PMS można wytłumaczyć tym, że Koppany w myśl pogańskich tradycji chciał wziąć ją za żonę). W ten sposób Koppany zostaje poćwiartowany, a Stefan – bohater wszystkich Madziarów, wychodzi na ciotunię bez charakteru.

Ale to nie ma większego znaczenia, bo film jest świetnie zrobimy. Tak dobrze, że aż dziwi, jak madziarska cenzura mogła go puścić w 1984 roku. W końcu chrześcijaństwo, tyle odniesień do Boga, a żyjemy, jakby nie patrzeć, w komunie. Ale tutaj nic nie jest czarne ani białe – swoje racje ma Koppany i nie da się go tak zupełnie potępić (a można nawet zrozumieć – jakbyś miał trzy żony, też byś ześwirował), swoje ma Stefan. Dlatego można operę interpretować jako przyjście nowego porządku, które wykurzy komuchów, ale można też widzieć w Stefanie sporo cech komunistycznego kacyka Janosa Kadara, który też „robił to, co musiał”. I w końcu – momentami dość prześmiewczo przedstawiono w tej sztuce kler.

Film obejrzałem i szybko podjąłem decyzję: w najbliższe wakacje jadę do Budapesztu. I choć pojechałem sam, był to jeden z najfajniejszych wakacyjnych wyjazdów. Wspaniała pogoda, uroczy hostel, piękne dziewczyny, hektolitry palinki, imprezy nad brzegiem Dunaju i wspaniałe słoweńsko-włoskie towarzystwo do przysłowiowego tańca i różańca. Zabawny był też epilog: w moim hostelu nocował Phil – lekko postrzelony Australijczyk, który odbywał wówczas podróż dookoła świata. Przy pożegnalnym piwku ucięliśmy sobie typową gadkę-szmatkę: siema, skąd jesteś, z Polski? A skąd dokładnie? Z Płocka? Pokaż, gdzie to? To może bym wpadł do ciebie kiedyś w ramach podróży? Bo teraz mam w planach Rumunię i Bułgarię, ale później wiesz. Spoko, stary wpadaj.

Oczywiście, jak to przy piwku, nie wziął ode mnie adresu ani nawet numeru telefonu, a ja szybko zapomniałem o całej sprawie, bo zaraz po powrocie zaczynałem staż w pewnej firmie. Dlatego wyobraźcie sobie moje zdziwienie jakieś 1,5 miesiąca później, gdy siedzę sobie w pracy, a tu nagle podchodzi do mnie asystentka ze słuchawką i mówi. „Mariusz, jakiś gość do ciebie. Nie bardzo rozumiem, o co chodzi, gada coś po angielskiego”. Ja też nie miałem pojęcia, ale szybko nastąpiło olśnienie. „Cześć Mario, tu Phil. To co? Mogę wpaść do ciebie jutro? Jestem gdzieś na polsko-niemieckiej granicy”. Jak powiedział, tak zrobił – Płock bardzo mu się spodobał, a przy okazji zahaczyliśmy jeszcze o Toruń. Dobre czasy. A skoro jesteśmy w Budapeszcie, to odbijmy po sąsiedzku do Wiednia.

2. Przed wschodem słońca

Nigdy nie przepadałem za Julie Delpy jako aktorką, bo jest dla mnie Woody Allenem w spódnicy (tylko brzydszym 🙂 ) , ale ten film uwielbiam. Kameralne kino, niewiele akcji, która oparta jest na błyskotliwych inteligentnych dialogach. No i hipnotyzujący główni bohaterowie – Amerykanin Jesse i francuska studentka Celine, którzy poznają się w pociągu z Budapesztu do Wiednia, gdzie spędzają popołudnie i noc. Jeśli ktoś nie oglądał, gorąco polecam.

A wspominam o tym filmie, bo jaki samotny podróżnik nie chciałby przeżyć na trasie takiej przygody, przy okazji poznając swoją bratnią duszę? Ja swoją drugą połowę poznałem w zupełnie innych okolicznościach, ale za to przeżyłem bardzo podobną przygodę, co bohaterowie tego filmu. To było w Pradze, jakieś 10 lat temu. Ona miała na imię Asia i pracowała na kręgielni w Sadyba Best Mall w Warszawie. Poznaliśmy się przypadkiem na wyspie Kampa, szukając muru Johna Lennona, na którym młodzi Czesi od czasów komuny wypisywali przeróżne rzeczy – na początku w ramach kontestacji systemu, po aksamitnej rewolucji już bardziej w formie kontrolowanego i bezsensownego wandalizmu.

Słowo do słowa i umówiliśmy się na wieczór. Z początku świetnie nam się rozmawiało – wiecie, jest taka niepisana zasada przy poznaniu nowych ludzi, że wystarczą ci 3 minuty, żeby wiedzieć, jaki jest poziom dystansu drugiej osoby i na ile sobie możesz pozwolić. Niestety, z minuty na minutę to niezwykłe stężenie chemii między nami stawało się coraz bardziej rozrzedzone.  W końcu bańka pękła: nie wiem, być może dlatego, że chcąc być szarmanckim i desperacko próbując ratować sytuację powiedziałem jej, że jest trochę podobna do Ali Janosz. Wiecie, tej z „Idola”… Tak, wiem, zjebałem.

I gdy wydawało się, że wieczór jest spisany na straty, z odsieczą przyszły nam brytyjskie chłopy z Manchesteru, które akurat w Pradze organizowały swój wieczór kawalerski (a właściwie weekend), czyli stag party. Wparowali do pubu, w którym siedzieliśmy, a rozmowa była krótka:

– Cześć, jesteście jakoś mocno zajęci w ten wieczór?
– Nie, raczej nie.
– A chcecie się z nami najebać?
– Jasne.
– To chodźcie.

To był bardzo miły wieczór, z masą Jeggra, kilkunastoma klubami i poznawaniem odmiennych kultur i ich odporności na wysokoprocentowe płyny. Jedno jest pewne: Brytyjczycy mają bujniejszą fantazję od Polaków, co doceniłem kilka lat później podczas mojego kawalerskiego. Dobrze, że żadnemu z moich przyjaciół nie przyszło do głowy użycie magicznej formułki „I dare you”. Ale być może wykazałbym się większą asertywnością niż mój brytyjski odpowiednik, który latał z odsłoniętym fiutkiem po placu Wacława i kopulował z hydrantem.

Uroczy wieczór skończyłem o 4 rano, dla orzeźwienia fundując sobie spacer spod placu Wacława prawie na samą Strahovską górę. Efekt? Następny dzień rozpocząłem od pobudki skoro świt tuż po godz. 16. Ale żeby przeżyć tę przygodę, najpierw musiałem znaleźć się w Pradze. A inspiracją dla tej wizyty też był film…

3. Samotni

To nie jest największe dzieło w historii wszechświata, ale i tak znajduje się w ścisłym gronie moich ulubionych filmów. Czasem z tymi ulubionymi filmami jest tak, że idealnie potrafią wstrzelić się w dany moment naszego życia i zostają z nami na zawsze. Tak jest z „Samotnymi” – historią kilku 30-letnich mieszkańców Pragi, którzy nie mogą znaleźć swojego miejsca w życiu, imają się różnych zajęć, szukają miłości i szczęścia, borykając się z tytułową samotnością. Ten film zaczął w Polsce modę na czeskie kino i choć od jego premiery minęło już 14 lat, to ja go w dalszym ciągu Czechom zazdroszczę. Bo choć poziom polskiego kina w ciągu kilku ostatnich lat podniósł się zauważalnie, to wciąż nie doczekaliśmy się współczesnego portretu młodych ludzi, filmu, który byłby głosem pokolenia. Wszelkie nieśmiałe próby były albo żenująco głupie jak „Młode wilki” albo banalnie pretensjonalne jak „To my” albo inny "Słodko-gorzki".

Dodatkowym plusem „Samotnych” jest właśnie kondycja polskiego kina kilkanaście lat temu. Przypomnijmy sobie, jakie hity królowały w Polsce, gdy czeski film wchodził na nasze ekrany. Oprócz wspomnianego „To my” największymi „hitami” roku były „Sezon na leszcza”, „Egoiści”, „Enduro Bojz”, „6 dni Strusia” i niezapomniany klasyk kultowego reżysera Krzysztofa Zanudzi, czyli „Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową” – być może najbardziej genialny tytuł w historii kina, który w konfrontacji z rzeczywistością okazał się…oj, co by tu napisać, żeby nikt się nie obraził… No i muzyka – OST jest absolutnie rewelacyjny.

Tutaj część druga listy.

PODOBAŁ CI SIĘ WPIS? POLUB NA FEJSBUKU, PODZIEL SIĘ Z INNYMI! 

Print Friendly, PDF & Email

You Might Also Like

1 Comment

  • Odpowiedz
    rafal
    Sierpień 15, 2015 at 11:16 am

    Polubiłem Wasz fanpejdż jakiś czas temu, ale dopiero zupełnie przypadkowo po znalezieniu tego artykułu, dowiedziałem się że jesteś z Płocka…witaj w klubie ;).

  • Leave a Reply