Polska

Ukryty cud Polski! Z wizytą u polskiego Harry’ego Pottera

Czy może być coś bardziej ekscytującego niż wizyta w miejscu, które kilkaset lat temu katoliccy ultrasi uznali za przeklęte miasto szatana?

Głupio tak zaczynać tekst od przeprosin, ale musimy. Bo ten tytuł…wiecie, nie powinien taki być. Bo czemu jaramy się wszyscy tym okularnikiem z Hogwartu, podczas gdy sami mamy u siebie czarodzieja, który zjada Harry'ego na śniadanie. Tak, chodzi mi o mistrza Jana Twardowskiego i jego krainę, która znajduje się ok. 80 kilometrów na wschód od Warszawy.

No bo weźmy tego Pottera, z którym porównania same cisną się na usta. Ok, miał w życiu ciężko (kto nie miał?), nękał go ten cały Voldemort (już chyba można pisać, jak się nazywał, prawda?), no ale z drugiej strony: co to za szwarcharakter, który nie potrafi pokonać niemowlaka – kilkulatka. Z drugiej strony mamy Twardowskiego, który mierzył się z szefem Voldemorta i w ogóle chyba szefem wszystkich szefów. I niezależnie od wersji legendy, którą znamy (a jest ich kilka) wyszedł z tej konfrontacji obronną ręką, koniec końców zamieszkując na najbardziej fantastycznej miejscówce, jaką można sobie wymarzyć – na Księżycu.

A Potter? Ze święcącej obecnie sukcesy sztuki teatralnej wynika, że po kilkunastu latach został szarym, zmęczonym życiem urzędnikiem na ciepłej, zapewne załatwionej dzięki koneksjom „dobrej zmiany”, posadzie rządowej (Hej, Nowoczesna! Dodajcie do kategorii #Misiewicze). A w tymczasie pan Twardowski wywoływał ducha królowej, a gdy przyszło co do czego, wiadomo, „…na kogucie, w jednym kapciu, drugim bucie”.

Reasumując: jeśli już ktoś ma tu być czyimś odpowiednikiem, to raczej Potter jest „brytyjskim Panem Twardowskim” i to jeszcze na dodatek z moim ulubionym angielskim słowem, czyli „wannabe”.

Będzie więc o panu Twardowskim i miejscu szczególnie mu bliskim – Węgrowie, gdzie w tamtejszej bazylice na rynku znajduje się słynne Lustro Twardowskiego. Wykonane z metalu, ważące ponad 17 kilogramów zwierciadło ma ponad 400 lat i znajduje się nam nim łaciński napis, który można przetłumaczyć jako: „Bawił się tym lustrem Twardowski, magiczne sztuki czyniąc, teraz przeznaczone jest na służbę Bogu”. Według legend lustro posiadało magiczną moc: można w nim było zobaczyć własną przyszłość lub duchy zmarłych. Na lustrze znajduje się wyraźne pęknięcie, które także tłumaczą liczne legendy. Jest ich jednak cała masa i wszystkie wzajemnie się wykluczają.

DSC_0046Mówi się więc, że z pomocą lustra Twardowski mial wywołać w Krakowie ducha Barbary Radziwiłłówy – zmarłej żony króla Zygmunta Augusta. Sztuka miała mu się udać, jednak gdy zjawa objawiła się przed królem, ten niepomny zakazów chciał ją objąć. Wówczas zjawa zniknęła, a lustro pękło.

Inna z legend mówi zaś o tym, że w 1812 roku podążający na Rosję Napoleon Bonaparte zatrzymał się w Węgrowie i w ustrze zobaczył klęskę swojej armii. Następnie zaś…przerażony upuścił lustro, które pękło na kilka kawałków. Kolejne podanie mówi o próżnym proboszczu z Węgrowa, który uwielbiał przeglądać się w lustrze i…pewnego dnia zobaczył w nim diabła. Przerażony rzucił w lustro pękiem kluczy, co tłumaczy pęknięcia. Dużo legend, mało faktów, dlatego spróbujmy ustalić je wszystkie od początku. I zacznijmy od podstawowego pytania.

Kim tak naprawdę był Twardowski?

Nie ma pewności co do tego czy znany mag był postacią prawdziwą czy fikcyjną – w podaniach występuje jako polski szlachcic. Prawdopodobnie był on jednak Niemcem i nazywał się Laurentius Duhr (a wiecie, że Duhr to po niemiecku "Twardy"? Już widzicie, dokąd to zmierza? :)), który był alchemikiem w Wittenberdze i po dalsze nauki przyjechał na studia do Krakowa. Czemu akurat tu? W XVI wieku Kraków był mekką alchemików, ściągali tu poszukiwacze kamienia filozoficznego jak i wszelkiej maści szarlatani. Alchemii sprzyjali niektórzy polscy monarchowie, np. Zygmunt III Waza, który był amatorem złotnikiem. Jego zamiłowanie do alchemii zmieniło zresztą historię Polski – gdy w 1595 r. król eksperymentował z alchemikiem Sędziwojem, obaj wywołali groźny pożar na Wawelu, który przyspieszył decyzję o przeniesieniu stolicy do Warszawy.

DSC_0030W tak sprzyjających okolicznościach w Krakowie pojawia się Duhr, który zmienia swoje nazwisko na Twardowski. Dzięki swoim talentom wkrada się w łaski Zygmunta Augusta, który także był wielkim fanem alchemii i…przez ponad 20 lat służy królowi jako nadworny mag. Wtedy też miał wywoływać zjawę Radziwiłłówny. I do tego zdarzenia doszło naprawdę – według historyków, była to mistyfikacja, za którą stał magnacki ród Mniszchów. Mieli oni wykorzystać Twardowskiego, by zdobyć wpływ na Zygmunta Augusta. I częściowo im się udało, bo podstawiona przez nich zjawa, czyli Barbara Giżanka, zgodnie z ich planem stała się potem kochanką króla. Z drugiej strony – August wkrótce potem zmarł. A co z Twardowskim? Część historyków uważa, że wkrótce potem został zamordowany na zlecenie Mniszchów, bo za dużo wiedział. Do mordu miało dojść we wsi Mystki-Rzym na Podlasiu.

DSC_0023Zostawmy jednak faktografię, zwłaszcza tak niepewną i przyjmijmy, że Twardowski faktycznie pojawił się w Węgrowie. Bywał tu zresztą bardzo często – zazwyczaj przybywając do miasta na skrzydłach nietoperzy. Na dobre miał tu osiąść po gigantycznej awanturze, jaką na Małym Rynku w Krakowie urządziła mu Pani Twardowska. Znana z trudnego charakteru małżonka miał w pewnym momencie odwrócić się do niego plecami i zadrzeć do góry kieckę. A upokorzony Twardowski na dobre opuścił wtedy Kraków, przyleciał tu na kogucie.

No dobra, ale czemu akurat do Węgrowa? Wbrew pozorom, odpowiedź na to pytanie jest bardzo łatwa. Bo znacie skróconą wersję legendy: Twardowski w zamian za magiczne moce, sprzedał duszę diabłu, a potem próbował go wykiwać. Tak? Tak. A wiecie, które miasto w XVIII wieku katoliccy ultrasi z całej Rzeczpospolitej uznawali za miasto szatana. Tak, właśnie Węgrów. A czemu? Bo mieściła się tam największa sekta satanistów w kraju, którą stanowili kalwini, arianie i protestanci do spółki z Żydami i samym diabłem.

Skąd takie nagromadzenie wyznań? To dzięki Radziwiłłom, którzy sami byli wyznania kalwińskiego, a w 1593 roku kupili Węgrów i zaczęli krótki, bo trwający tylko ok. 60 lat rozkwit miasta. Radziwiłłowie sprowadzili na te ziemie wielu osadników protestanckich, m.in. ze Szkocji i Holandii, czego ślady są widoczne do teraz. Do dziś w Węgrowie działa parafia ewangelicka, a na miejscowym cmentarzu znajdują się groby szkockich możnych, w tym burmistrza miasta. W tej sytuacji Węgrów budził lęk bogobojnej Rzeczpospolitej, bo jawił się jako twierdza innowierców, która w mieście organizowała swoje synody a nade wszystko dysponowała własną drukarnią ariańską, z której na całą Polskę szły protestanckie, kaliwńskie i wszelkie zagraniczne sekciarskie nowinki, będące symbolem zarazy, zepsucia i zła. Czy może być lepsze miejsce bliżej piekielnego kotła dla Twardowskiego, gdzie tak dokładnie czuć zapach siarki? Nie licząc Tarnobrzega, hehe. Pasujących do układanki składników jest zresztą więcej – w mieście znany był kult Barbary Radziwiłłówny. No a wiszące w kościele lustro miał przekazać Twardowski hrabiemu Krasińskiego, który pod koniec XVII wieku stał się nowym właścicielem tego miasta.

A o samym Węgrowie i jego okolicach opowiemy Wam w kolejnym wpisie.

PODOBAŁ CI SIĘ WPIS? POLUB NA FEJSBUKU, PODZIEL SIĘ Z INNYMI!

Print Friendly, PDF & Email

You Might Also Like

3 komentarze

  • Odpowiedz
    Dorota Kajaki
    Maj 18, 2017 at 12:20 pm

    Supeer wpis! na pewno tam pojadę:))

  • Odpowiedz
    Kraina mistrza Twardowskiego – atrakcji tyle, że nie wyrobisz się w weekend - weekendowi.pl
    Październik 18, 2016 at 4:06 pm

    […] dni temu opowiedzieliśmy wam trochę o gospodarzu tych ziem. Dziś zajmiemy się praktyczną stroną podróży, czyli […]

  • Leave a Reply