Europa Środkowa i Wschodnia

50 powodów, porad i inspiracji, dla których musisz odwiedzić Budapeszt

W stolicy Węgier nie da się nie zakochać – piękna architektura, niedrogo, dobre żarcie, dużo możliwości spędzenia wolnego czasu. Od czego zacząć, co zobaczyć, co ominąć i w jakiej kolejności? – zapraszamy do lektury naszego praktycznego przewodnika.

Budapeszt to dla nas miasto szczęśliwe (bo bardzo lubimy tam wracać), ale też – z punktu widzenia bloga – przeklęte. Czemu? Bo wpis o stolicy Węgier miał na Weekendowych zawitać już dawno. I szczerze pisząc – powinien, bo wpis był już prawie skończony. I był cholernie dobry. Nie pamiętam już dokładnie co tam było, ale musiał być dobry, bo ja fajność tekstu mierzę tym, jak dobry mam flow podczas pisania. A tekst o Budapeszcie napisałem…w jeden wieczór? Podczas gdy sporo wpisów tutaj powstaje w wyniku wielodniowego męczenia buły okraszonego poganianiem lepszej połowy, tutaj wszystko szło pięknie. Aż za pięknie… Bo gdy tekst był gdzieś w 3/4 ukończony, zawiesił się komputer. W rezultacie, choć tekst był zapisany (za mądry jestem na takie numery)…uszkodził się plik i wiekopomne dzieło podróżniczej blogosfery poszło na czochry.

Z wielkiego nerwu i irytacji temat trafił więc na półkę z silnym przekonaniem, że już nic lepszego w temacie Budapesztu nie napiszę. I musiał odczekać swoje. Aż do dzisiaj…

Gotowi? No to jedziemy.

1. Największą zaletą Budapesztu jest to, że jadąc samochodem (pewnie większość z Was tak tam będzie podróżować) najszybszą trasą przejeżdża się przez Bratysławę. Co ma piernik do wiatraka? Jeśli czytacie Weekendowych, wiecie już o mojej patologicznej fascynacji tym miastem, które bardzo chcę odwiedzić, ale nie mogę. A jeśli nie czytacie i was to interesuje, to zajrzyjcie tu i sprawdźcie jak wykształcił się tzw. syndrom bratysławski.

2. Według blogerskich kanonów powinienem teraz wpisać maksymalnie użytecznego pro-tipa, żeby zatrzymać Was w tekście na dłużej. Sprzedam więc Wam tajemnicę największą: gdzie w centrum Budapesztu można zaparkować auto kompletnie za friko? Bo nie oszukujmy się: aut jest tu w opór, miejsc do parkowania tyle co kot napłakał, a prywatne parkingi w centrum kosztują tyle, że będziesz płakał już w momencie wjazdu. Gdzie więc? Ano, wzdłuż ulicy Andrassy, tuż przy ambasadach, gdzie nie ma żadnych parkometrów. Tam wiecie, w tych równoległych wąskich uliczkach, które prowadzą do Hosok Tere. Jedyny mankament: trzeba się podpytać kogoś (np. strażnika danej ambasady) czy dane miejsce nie jest zarezerwowane (czasem tak jest). Ale spokojnie, wolnych miejsc jest zazwyczaj sporo. A punkt jest dobry, tuż obok linii metra numer 1, która bez problemu dowiezie cię do centrum. DSC_0099

3. A jeszcze pisząc o dojeździe autem do Budapesztu: z Warszawy zamiast przez Bratysławę można pojechać przez Koszyce. Jest 100 kilometrów krócej, a jedzie się jakieś 2 godziny dłużej. Ale warto, prawie tak samo jak przez Bratysławę (żart, nic nie jest więcej warte niż Bratysława!), bo po drodze jedziemy przez Eger. A Eger to wiadomo – miejsce pochodzenia „byczej krwi”, a przede wszystkim Szepasszony, czyli Dolina Pięknej Pani. Fantastyczne miejsce pełne piwnic i piwniczek, winnic i winniczek, w którym duzi i mali producenci reklamują swoje wyroby. Oh, przeklęty jest ten, kto przegra losowanie i przypadnie mu rola kierowcy na tym odcinku drogi. 

4. I tu też jesteśmy Wam winni przypomnienie naszego starego pro-tipa: im bardziej zagrzybiona i obleśna pieczaro-winnica, tym lepsze wino tam dostaniecie. Myśmy naszą boską ambrozję dostali w 2-litrowej butelce po Fancie z okazałego gąsiora, którego właścicielka odciągnęła dla nas wino rurką, czyniąc wcześniej ustyma własnemi odpowiednie ciśnienie. I było to tak pyszne, że puściliśmy w niepamięć ten ewidentny brak poszanowania dla higieny i przepisów BHP.

5. Do Budapesztu zawsze można też dolecieć samolotem i to też jest dobra opcja, bo taki Wizz daje dobre ceny z Warszawy – często można upolować bilety nawet po 39 zł sztuka. Ale jeśli już zdecydujecie się na taką formę transportu, to pamiętajcie, że dojazd z lotniska do centrum to jakaś totalna męka. Ok, pewnie nie byliśmy na wszystkich lotniskach w Europie (ale byliśmy w Radomiu, więc mamy jakąś skalę odniesienia), ale tutaj jest naprawdę słabo. Najpierw zatłoczonym autobusem jedziesz kilkanaście kilometrów (często gęsto w korku) do pierwszej stacji metra, gdzie na stację musisz się dostać po stromych schodach, po których musisz też wtachać swój bagaż. A metro jak to metro – zwykle zatłoczone. Nie, z pewnością podróż na lotnisko nie jest przyjemnością.

6. Masz już zaparkowane auto, więc warto rozejrzeć się za noclegiem. Gdzie szukać? Być może to tylko nasz przysłowiowy pech, ale w Budapeszcie nigdy nie udało nam się trafić na przyzwoity hostel. Zawsze coś było nie tak: brudny pokój, opryskliwy recepcjonista, brak miejsc mimo opłaconej rezerwacji… Dlatego daliśmy za wygraną i od tej pory zawsze na noclegi wynajmujemy mieszkania. Są względnie tanie, zazwyczaj dość duże, z wysokim sufitem. A ich największą zaletą są oczywiście te charakterystyczne klatki schodowe w kamienicach starówki. Do mieszkań zawsze mieliśmy szczęście: raz wynajęliśmy coś względnie daleko od centrum (gdzieś przy stacji Kalvin ter), ale pani się pomyliła i już wynajęła je komuś wcześniej. W ramach rekompensaty dostaliśmy więc mieszkanie 5-pokojowe w idealnej lokalizacji: wychodząc z klatki mieliśmy 20 metrów do stacji Deak Ferenc ter, czyli praktycznie w samym środku miasta. Gdzie szukać? Bez rewolucji: my zawsze znajdujemy coś ciekawego i w dobrej cenie na Airbnb.

7. Weźmy się w takim razie za zwiedzanie i odpowiedzmy sobie na pytanie, co warto zobaczyć w Budapeszcie? Takim stereotypowym landszaftem jest oczywiście parlament, wizytę w którym polecamy z całego serca. Co prawda większe wrażenie robi od zewnątrz niż w środku, ale i tak warto tu zajść. Także po to, by zobaczyć koronę św. Stefana i bogato zdobione wnętrza. Nam szczególnie podobały się korytarze przed salą parlamentu ze spluwaczkami i absolutnie fantastycznymi uchwytami na cygara. Dobrze wygląda też odnowiony plac Kossutha.DSC_0527

8. Po przekątnej parlamentu, mijając tory tramwajowego, dojdziecie do jednego z naszych ulubionych miejsc w Budapeszcie. To Szabadsag ter, czyli plac Wolności. Zielona oaza w centrum miasta, a przy tym totalnie szalone miejsce z niesamowitym nagromadzeniem ciekawych miejscówek. No bo tak: wejścia na plac strzeże refleksyjnie oparty o mostek wykonany z brązu premier Imre Nagy. Tuż obok w stronę amerykańskiej ambasady dumnie kroczy prezydent Ronald Reagan, a jeszcze kilkanaście metrów dalej uchował się pomnik wdzięczności Armii Czerwonej za wyzwolenie miasta. Same budynki na placu też są godne uwagi: oprócz ambasady jest tu np. siedziba banku centralnego.

9. Ale ja najwięcej uwagi radzę wam skierować w stronę budynku ze swojskim napisem MTV. Nie, nie kręcili tu jeszcze Magyar Shore – ten monumentalny kolos to była siedziba węgierskiej telewizji państwowej. Była, bo włodarzom telewizji znudziło się, że przy okazji każdej większej demonstracji (a trzeba przyznać, że Madziarzy demonstrować lubią i potrafią dość dobrze i często) protestujący bratankowie zawsze jakoś w momencie uniesienia trafiali do siedziby telewizji i podpalali, rozwalali tudzież plądrowali z gracją, jakiej nie powstydziłby się ich duchowi prapra Atylla Hun.Stąd decyzja o rychłej wyprowadzce.

10. Ale to nie koniec atrakcji placu Wolności, bo na jego środku stoi fajna knajpka. Za to na drugim końcu placu dość szkaradny pomnik, który od ponad 2 lat jest osią niezgody między zwolennikami i przeciwnikami rządu Orbana. To pomnik pamięci ofiar okupacji Węgier przez Niemców z 19 marca 1944 roku. Pomnik jest subtelny jak rodzinne zakupy w Biedronce po tym, jak już wpłynęło comiesięczne 500+. Mamy tu bowiem kolumnadę, na której szczycie znajduje się…Archanioł Gabriel trzymający koronę św. Stefana (dobrze zgadliście, archanioł symbolizuje Węgry). A nad biednym archaniołem kołuje ogromne szwabskie ptaszysko szykujące się do ataku (tak, dokładnie. Ptaszysko to III Rzesza). Czemu niektórym nie pasuje ten pomnik? Bo trochę przekłamuje historię – owszem, III Rzesza najechała Węgry w marcu 1944 r., ale przecież Madziarzy od 1940 roku byli w czasie II wojny światowej sojusznikiem Hitlera, Włoch i Japonii. I najazd nastąpił tylko dlatego, że faszyzujący admirał Horthy zaczął po cichutku negocjować traktat pokojowy z aliantami wiedząc, że tej wojny nie wygra. No to Niemcy mu najechali kraj, a on w odpowiedzi utworzył…proniemiecki rząd. Po wejściu Niemców rozpoczęły się też masowe deportacje węgierskich Żydów do obozu w Auschwitz. Taka to była ta okupacja…

11. Wróćmy jednak na chwilę do parlamentu, bo teraz oczywiście chciałbym trochę ponarzekać. Bo kiedyś to było dużo fajniej. Zwiedzanie parlamentu było bezpłatne, ale żeby zgarnąć darmową wejściówkę trzeba było skoro świt zwlec się z wyra i udać się do biura przepustek, mając nadzieję, że przypisana nam godzina będzie pasować. Fajne to było – takie…postkomunistyczne. 
SAMSUNG CSC

12. Jeśli chcesz trochę więcej postkomunistyczno-kapitalistycznego folkloru, to koniecznie wybierz się do Memento Park na przedmieściach stolicy. Naprawdę warto – zgromadzono tam wszystkie zachowane komunistyczne i socrealistyczne pomniki z epoki słusznie minionej. Te klasyczne i te mocno awangardowe jak Lenin na tle żelaznej armii żołnierzy, którzy eee…trudno powiedzieć. Zresztą zobaczcie sami. DSC_0269

13. Ciekawych monumentów jest tam jednak więcej – najciekawszy jest pomnik radzieckiego wojaka z sowiecką flagą, który w czasach komunizmu dumnie prężył swoje muskuły na wzgórzu Gellerta. Są też tzw. buty Stalina – artystyczna wariacja na temat pomnika wielkiego wodza, który w 1950 roku postawiono w centrum Budapesztu. Stalin miał 25 metrów wysokości i w zamyśle miał górować nad miastem, jednak w czasie rewolucji 1956 roku został zniszczony przez wściekłych mieszkańców. Zostały po nim tylko te buty na cokole.

14. A skoro jesteśmy przy butach, wróćmy płynnym ruchem do parlamentu. Po lub przed zwiedzaniem koniecznie przejdźcie się naddunajskim nabrzeżem. Na wysokości parlamentu zobaczycie kameralną, ale dość wstrząsającą instalację poświęconą pamięci budapesztańskich Żydów zamordowanych w czasie II wojny światowej. SAMSUNG CSC

15. Spacer bulwarem warto kontynuować w stronę mostu Małgorzaty. Po drodze znajduje się kolejna fantastyczna atrakcja (najbardziej dla rodziców z dziećmi, choć nie tylko), czyli Olimpia Park. To fantastyczny, bardzo duży plac zabaw połączony z miejscem upamiętniającym wszystkich węgierskich mistrzów olimpijskich. Ten memoriał jest uzupełniany na bieżąco i patrząc na ostatnie igrzyska w Rio, pewnie niedługo trzeba będzie powiększać teren parku.

16. Jak już jesteś na kursie kolizyjnym z Margithid, to warto napisać coś o Wyspie Św. Małgorzaty. To idealne miejsce na upały i chwilę wytchnienia po całodziennym łażeniu po mieście, a przy okazji zielone płuca Budapesztu. To tu lokalsi przynoszą koce, robią pikniki, tu uprawiają sport (masa biegaczy o każdej porze dnia). Ale tłumów nie ma – jest całkiem spokojnie. Idealne miejsce na kilka godzin np. z książką. DSC_0295

17. Wróćmy jeszcze na chwilę do parlamentu. Jeśli chcesz zrobić dobrą fotkę tego monumentalnego budynku, to najlepszy widok dostaniesz po drugiej stronie Dunaju, na wysokości stacji metra Batthyany ter (czerwona linia nr 2). Oczywiście, dobre widoki są też z zamku w Budzie czy wzgórza Gellerta, ale to już z pewnego oddalenia. SAMSUNG CSC

18. Wspomnieliśmy już o zamku w Budzie. Z centrum miasta najłatwiej dostać się do niego tą samą czerwoną linią (wysiadamy na Szell Kalman ter) i dalej specjalnym autobusem, które kursują co kilka minut z przystanku niedaleko stacji. Czy warto? No pewnie. Sama dzielnica zamkowa jest dość fajna – jej pierwsza część to kamieniczki z knajpkami, pamiątkami i innymi bibelotami (przed obiadem sprawdźcie ceny w menu. W niektórych lokalach jest dość drogo). Po kilkuminutowym spacerze dochodzimy do właściwego mięska, czyli baszty rybackiej i katedry św. Macieja, a zaraz potem jest już właściwy zamek.

19. W Waszych listach często pytacie, czy warto zwiedzać główne atrakcje Budy. Innymi słowy: skąpicie kilku forintów na zakup biletów. Czy słusznie? I tak, i nie. Na pewno warto wejść do bogato zdobionej katedry, na basztę rybacką też, choćby dla widoków. Z zamkiem sprawa jest już trochę bardziej skomplikowana. Zamek w Budzie to ogromna (naprawdę ogromna) kolekcja obrazów: różnych różnistych. Począwszy od jakichś pejzaży przez rozebrane otyłe kobiety na scenach batalistycznych skończywszy (tych jest chyba najwięcej). Jeśli więc lubicie takie klimaty (a powinniście, węgierskie malarstwo historyczne jest w dość podobnym klimacie do polskiego), to śmiało). 

20. Warto też przy okazji planowania wizyty sprawdzić czy zamek nie planuje jakiejś fajnej wystawy czasowej. Oni często organizują bardzo dobre wystawy światowych mistrzów malarstwa.

21. Mało wam zwiedzania? To jeszcze zajmijmy się po sąsiedzku wzgórzem Gellerta. Podstawowe pytanie brzmi: czy warto się nań wspinać? Moja odpowiedź brzmi: raczej nie. Ale jak to? Ano tak to: wiadomo, są widoki, jest ta cała Viktoria Beckham trzymająca w rękach laur zwycięstwa. No ale lepsze widoki macie choćby z tej całej Baszty Rybackiej. Poza tym, ja wcale nie mówię, żeby nie wchodzić na wzgórze Gellerta. Można wejść, ale gdzieś tak w połowie koniecznie zejdźcie w bok na…plac zabaw. Nawet jeśli nie jesteście z dzieciakami. Co tam takiego ciekawego? Kilkunastometrowe fantastyczne zjeżdżalnie – fun dla młodych i starych gwarantowany.

22. Po drodze na wzgórze warto też wstąpić do wykutego w skale kościoła. Wejście poznacie z daleka po wielkim krzyżu stojącym przy wejściu. Klaustrofobiczna kaplica w tzw. grocie św. Stefana robi niesamowite wrażenie. Przede wszystkim – wygląda na bardzo stare miejsce, tymczasem ma ledwie 90 lat. W 1926 roku kaplicę utworzyli tu ojcowie Paulini po pielgrzymce, jaką odbyli do Lourdes. Do drugiej wojny światowej był tu klasztor – następnie wszyscy braciszkowie zostali aresztowani, a ich przeor Feren Vezer skazany na śmierć przez komunistów. W 1951 roku wejście do kaplicy zostało kompletnie zamurowane. Mur rozbito dopiero w 1989 roku, a kaplica została ponownie otwarta w 1992 roku. Wtedy też wrócili do niej Paulini, którzy kilka razy dziennie odprawiają tutaj msze.

23. Ze wzgórza warto się przejść do hotelu Gellert na kąpiel w cieplutkim basenie termalnym. Nie jest to tania przyjemność (normalny bilet ok. 100 zł), ale miejsce jest naprawdę bardzo fajne. Jeśli chodzi o gorące baseny, do wyboru macie też wielki kompleks basenów Szechenyi (dojedziecie tam linią nr 1 – wysiadamy na stacji o tej samej nazwie). Szechenyi to też fantastyczny basen, z ponad 100-letnią historią – ma jednak dwie wady. Po pierwsze – nie ma dnia, by w środku nie kłębiły się tłumy ludzi. I po drugie – są to jednak baseny częściowo odkryte. Oczywiście, jest też niezwykle przyjemna część pod dachem.

24. A jak już jesteśmy przy Szechenyim, to musimy pamiętać, że to jeden z sensowniejszych węgierskich polityków, uznawanych za wielkiego reformatora. W pierwszej połowie XIX wieku odpowiadał za kilka ważnych dla Budapesztu projektów jak powołanie Węgierskiej Akademii Nauk czy zbudowanie pierwszego stałego mostu między Budą a Pesztem. To Most Łańcuchowy – przepiękna mocarna konstrukcja, dostępu do której bronią ogromne pomniki lwów. Schodząc ze wzgórza Gellerta warto udać się na spacer mostem. 

25. Budapeszt zresztą pięknymi mostami stoi – naszym ulubionym jest zbudowany pod koniec XIX wieku Szabadsag hid, czyli most Wolności. Piękna, metalowa konstrukcja i charakterystyczny zielony kolor – ten budapesztański most jest nie do podrobienia. Ciekawostka: most ten nosi też dość ponury przydomek „mostu samobójców”, bo jakoś tak się smutno złożyło, że upodobali go sobie Madziarzy chcący odebrać sobie życie. Bo Węgrzy to dziwni naród: z jednej strony dość serdeczny, z drugiej – mega zdołowany. W niechlubnym rankingu liczby samobójstw na 1000 mieszkańców są absolutnymi europejskimi liderami.

26. W tej sytuacji nie może was chyba dziwić, że Węgrzy napisali piosenkę, którą gremialnie uznano za „najbardziej dołującą piosenkę w historii muzyki” lub… Naprawdę, nie żartuję, gdy jej sława dotarła do USA, Amerykanie określili ją jako „Hungarian suicide song”. Jak się zapewne domyślacie, jej magiczna moc polegała na tym, że ktokolwiek mniej wrażliwy jej wysłuchał, natychmiast pragnął rozstać się z życiem i przekuwał marzenia w czyn (łącznie z jej autorem). A historia tej piosenki jest na tyle ciekawa, że po prostu muszę wam ją streścić. Skomponował ją w 1933 r. Rezso Seress i początkowo miała zupełnie inne słowa – opowiadała o wojennych okrucieństwach. Ale rok później poeta Laszlo Javor napisał własne słowa do tej melodii – piosenkę „Smutna niedziela”. O czym? No, niech wam wystarczy, że napisał ją po tym, gdy zerwała z nim narzeczona. Efekt? Na samych Węgrzech melodia miała doprowadzić do ponad stu samobójstw. Nie przeszkodziło jej to (a może nawet dzięki temu pomogło) zdobyć światowej sławy – piosenka wkrótce doczekała się angielskojęzycznej wersji, a na prawdziwy hit przerobiła ją Billie Holiday. Jej wersja hitu została w 1941 roku zakazana przez BBC. Powód – zbyt depresyjna. Ostatecznie zakaz puszczania tej piosenki w radio został zniesiony…dopiero 61 lat później.

27. A skoro doszliśmy do węgierskiej popkultury, to przed wyjazdem na Węgry polecam zapoznanie się z kilkoma dziełami, które lepiej pozwolą wam zrozumieć węgierską duszą. Zacznijmy od książki – tu najlepszy będzie Krzysztof Varga i jego „Gulasz z Turula”. Do tego film: proponuję kultowych „Kontrolerów”, gdzie głównym bohaterem jest budapesztańskie metro. A na deser koniecznie obejrzyjcie coś, od czego zaczęłą się moja bezgraniczna sympatia do Węgier – rock-operę „Król Stefan” z 1983 roku. Polecam, naprawdę warto!

28. A skoro już jesteśmy przy metrze i „Kontrolerach”: w Budapeszcie kontrole biletów nie są wyrywkowe, kontrolerzy w silnej grupie po 3-4 są na każdej stacji, więc na gapę sobie nie pojeździsz.

29. Węgierska depresja ma zapewne wiele powodów, a z pewnością wśród nich są zaszłości historyczne. Dlatego (uwaga, kolejny pro-tip) nawet w żartach nie odwołujcie się do historycznego traktatu z Trianon. Nie wiesz co to? Dla wielu Węgrów to symbol absolutnego poniżenia i początku upadku ich kraju. Miało to miejsce w 1920 roku, a Węgry straciły wówczas prawie 2/3 swojego terytorium, m.in. na rzecz Czechosłowacji, Rumunii czy Królestwa SHS. Do dziś na terenie Rumunii i Słowacji mieszka ogromna węgierska mniejszość narodowa, a niektóre węgierskie kościoły biją w południe w dzwony na pamiątkę utraconych historycznych ziem. To jest taka węgierska zadra na honorze.

30. Wybaczcie ten depresyjny klimat, z którego wyprowadzę was najskuteczniejszym możliwym sposobem: smutki najlepiej jest przejeść. Chodźmy więc jeść. Ale dokąd? Wielu ludzi poleca położony nad samym Dunajem Nagyvasarcsarnok, czyli główną halę targową w mieście. Nie do końca się zgadzam: to świetne miejsce na zakup pamiątek czy innych bibelotów (PRO-TIP: Można się targować, a sprzedawcy dość mocno potrafią zejść z ceny), warto też kupić tu świeże warzywa czy owoce, ale na obiad to miejsce jest…no, sam nie wiem. Jedzenie było w porządku acz tyłka nie urwało, problemem były też ogromne tłumy ludzi na tej ciasnej bądź co bądź przestrzeni na piętrze hali targowej. Ale i tak warto odwiedzić ten piękny budynek: my jesteśmy tam praktycznie za każdym razem po pikantną pastę paprykową i…najlepsze na świecie ogromne pączki z gigantyczną warstwą budyniu w środku. Choć ostatnio, kiedy tam byliśmy, nie mogłem ich nigdzie znaleźć – mam nadzieję, że to tylko przypadek.

31. No dobra, ale jesteśmy głodni, więc nie piszcie nam, gdzie mamy nie jeść. Zamiast tego napisz, gdzie warto coś przekąsić.

– No więc, vis a vis hali targowej jest Burger King.

– Rozbawienim wielce.

– No dobra. Teraz poważnie. Świetnym miejscem jest For Sale Pub, położony dosłownie kilkadziesiąt metrów od hali. Pyszna zupa gulaszowa i inne specjalności kuchni węgierskiej. Do tego fajny wystrój w drewnie i bardzo nietypowa…podłoga. Wyłożona siankiem, do tego chrupiąca. Bo każdy klient pubu ma nielimitowany dostęp do fistaszków, a skorupki…wyrzuca się na podłogę. Taka węgierska wariacja na temat tapas.

32. Świetnym miejscem kulinarno-rozrywkowo-kulturalnym jest kultowa Szimpla – ogromny bar/pub/kawiarnia z wielkim patio stworzonym ze z gracją porozrzucanych rupieci. Efekt? Stolik zrobiony z pozostałości jeepa z demobilu, jakieś fantazyjne lampy w kształcie smoka etc. W Szimpli cały czas coś się dzieje – w sobotę wczesnym popołudniem trafiliśmy np. na wielki targ staroci, rękodzieła, starych płyt i innych ciekawych bibelotów. Lokal ten warto odwiedzić przede wszystkim ze względu na wystrój i miłą atmosferę, kuchnia też jest ok, ale….. 

33. …okolice Szimpli to małe zagłębie przepysznej kuchni. Każdy znajdzie tu coś dla siebie – w bocznej alejce znajdziecie prawdziwe zagłębie street foodów, ale wzdłuż całej ulicy (tam, gdzie ta Szimpla, sprawdź) znajdują się lokale serwujące dobre jedzenie, np. podobno przepyszne zupy. Piszę „podobno”, bo nie mieliśmy czasu spróbować z uwagi na ogromne kolejki do kasy. A jeśli bar serwujący zupy wygrywa konkurencję z kebsem, langoszem i hamburgerami to znaczy, że jest to naprawdę coś (Kto wie, może prowadzi go legendarny „Soup Nazi”? Łapka w górę, kto kojarzy kto zacz).

34. Bo streetfood generalnie w Budapeszcie jest dobry. Dlatego też warto, drogi czytelniku (jeśli nie jesteś jaroszem) byś w swoich kulturalnych eksperymentach skosztował hot-doga z mangalicy, czyli specjalnego, hodowanego tylko na Węgrzech gatunku świnki. Pozycją obowiązkową w twojej węgierskiej diecie powinien być też langosz – jest to niesamowicie kaloryczne cholerstwo, ale też niesamowicie pyszne.

35. Hot-doga z mangalicą znajdziesz na Vorosmarty, przy wejściu na „słynny” deptak Vaci – rzekome serce miasta. Tak naprawdę oprócz sieciówek, sklepów z pamiątkami i raczej drogich restauracji, których kelnerzy dość nachalnie będą cię zaczepiać – nie ma tam większych atrakcji. Owszem, są bardzo ładne kamienice, więc warto przespacerować tą ulicą. Jeden raz powinien wystarczyć. Ale jak już jesteś na tym Vorosmarty to się bardzo dobrze składa, bo to początkowo stacja…

36. …pierwszej, historycznej linii metra, które samo w sobie jest zabytkiem. Oddana do użytku w 1896 roku linia liczy 11 przystanków i ma 4,5 km długości i jest drugim najstarszym metrem w Europie i trzecim na świecie po Londynie. Skromne stacje, wyłożone kafelkami są małymi dziełami sztuki, a to co zwraca uwagę najbardziej to fakt jak płytko wykopany jest tunel.

37. Linia prowadzi wzdłuż najbardziej reprezentacyjnej ulicy Andrassy, pełnej pałacy, pałacyków i pięknych budynków ambasad. Dlatego w drugą stronę, gdy będziecie wracać do centrum, warto wybrać się wzdłuż Andrassy na spacer. Obejrzeć perły secesji, wspaniały budynek opery. Co ciekawe – niewykluczone, że to tu będziecie mieszkać, bo to w tej okolicy centrum ceny mieszkań i hosteli są relatywnie najtańsze.

38. Jadąc I linią metra najlepiej jest wysiąść przy Hosok Tere, czyli placu bohaterów. To wspaniały plac, którego centralnym punktem są pomniki najbardziej zasłużonych dla kraju Madziarów – władców, choć nie tylko. To też świetny punkt do rozpoczęcia kilkugodzinnego spaceru po znajdującym się na tyłach placu parku Szechenyi.

39. Pierwszy punkt, na który zapewne rzucisz się jak dzik na żołędzie, jest miejsce doskonale widoczne z Placu Bohaterów, po twojej prawej stronie. Widzisz tę charakterystyczną wieżę z prawej strony, wyglądającą jak drakulski zamek? Tak, wzrok cię nie myli – to jest zamek. Ale z Drakulą ma tyle wspólnego co Viktor Orban z wolnymi mediami. To Vadahunyad – zamek zbudowany…nieco ponad 100 lat temu, specjalnie na światową wystawę w Budapeszcie. Jego architekt od razu założył, że ma być pomieszaniem różnych stylów, więc powstał nam uroczy kiczowaty obrazek ze sztucznym jeziorem, fosą i zwodzonym mostem. Kiczowaty, ale ładny. Chcesz wejść do środka? Śmiało, ale od razu ostrzegamy – na miejscu oprócz fantastycznego pomnika anonimowego pisarza znajduje się….muzeum rolnictwa. I to nie byle jakie – jeśli wierzyć przewodnikowi to największe muzeum rolnictwa w Europie!DSC_0091

40. Nie poszliście? Nie mogę powiedzieć, bym was szczególnie winił. Zwłaszcza, że w parku jest tyle do zobaczenia. Przecież tuż obok są wspomniane wcześniej baseny Szechenyi, a tuż za nimi – zoo. Czy warto? Jak najbardziej. Tuż obok jedyny w tej części Europy wolnostojący budynek całorocznego cyrku – tu nie wiemy czy warto. Ale przecież nie trzeba iść do żadnego z tych miejsc, by spędzić w tym parku kilka godzin. Choćby dlatego, że to oaza spokoju. I…ulubione miejsce seniorów, którzy z lubością na licznie rozstawionych stolikach grają tu w szachy, warcaby i na co jeszcze przyjdzie im ochota.

41. Na terenie parku są przynajmniej 2 świetne knajpy: jedna tuż przy basenach, druga nad brzegiem jeziora. Od razu jednak ostrzegamy: to raczej nie dla budżetowych turystów. Budżetowym turystom spodoba się na pewno knajpka na samym początku Andrassy, po prawej stronie patrząc od Hosok Tere. Fajny widok na plac bohaterów, bardzo dobre winko, polecamy.

42. No i z tego wszystkiego zapomniałbym wam napisać o mojej ulubionej okolicy: uliczkach wokół bazyliki św. Stefana i samej bazyliki. To chyba najmniej „zaludniony” przez turystów punkt ścisłego centrum miasta. Ale ich zysk to nasza strata – schody bazyliki i okoliczne kafejki to świetne miejsce na okołopołudniowy relaks. A do samego budynku bazyliki też warto wejść i obejrzeć (nie tylko dlatego, żeby obejrzeć zmumifikowaną rękę św. Stefana).

43. Ta lokalizacja ma też ogromną przewagę w postaci faktu, że 50 m dalej przy Szent Istvan ter są najlepsze lody w mieście. Konkretnie w Gelato Rosa, gdzie – jak sama nazwa wskazuje – serwuje się lody ułożone w kształt tych pięknych kwiatów. Smakują obłędnie, a lokal znajdziecie bez problemu – po ciągnących się do niego kolejkach. IMG_0847

44. Ale warto też trochę powłóczyć się po dzielnicach trochę oddalonych od centrum. Jedną z moich ulubionych jest dzielnica II Rozsadomb, czyli Różane Wzgórze – zdecydowanie najspokojniejsza i najbardziej zielona część stolicy Węgier. Jest to dzielnica w dużej mierze willowa, ale spokojnie można tu odpocząć po trudach całodniowego zwiedzania.

45. Jej ogromną zaletą są też dwie tureckie łaźnie z gorącymi basenami: Veli Bej i Kiraly Baths. Przewodniki mówią, że chodzą tu sami miejscowi i nie ma tak dużych kolejek jak w tych „komercyjnych” basenach. Ale z drugiej strony: w samym Google'u te „sekretne” miejsca są wymieniane setki razy, sądzę więc, że turystów jest tu tyle samo, co wszędzie indziej.

46. W wakacje warto powiercić się w okolicach dzielnicy uniwersyteckiej, kawałek za hotelem Gelert.

47. Budapeszt ma sporo klubów piłkarskich w miejscowej ekstraklasie, aczkolwiek pod względem kibicowskim możecie obawiać się tylko dwóch. Jeśli więc zgubicie się kiedyś w ciemnej uliczce i stanie przed wami kilkunastu ubranych podobnie młodzieńców pamiętajcie: fioletowe barwy to Ujpest, zielone – Ferencvaros (który ma zresztą nowy, bardzo ładny stadion). Fani piłki mogą oczywiście wybrać się na jakiś szpil, choć atmosfera jest nieporównywalnie gorsza od polskiej ligi.

48. Bo tak w ogóle – jeśli w Budapeszcie najdzie was ochota na odrobinę sportowych emocji (chociaż tam jest tyle do obejrzenia, że to mało prawdopodobne) to zamiast na futbol powinniście wybrać się na mecz…piłki wodnej. Tak, to nie żart – waterpolo to jeden z węgierskich sportów narodowych, gra jest wbrew pozorom dość brutalna (bitki, podduszanie, podtopienia), a do tego Madziarzy są jednym z najlepszych narodów na świecie w te klocki.

49. …Madziarzy są też nad wyraz sprawnymi pływakami, co pokazali choćby na ostatnich igrzyskach w Rio, gdzie zdobyli w tej dyscyplinie aż 7 medali (w tym 3 złote). Dużo, nadspodziewanie dużo jak na naród, który nie ma dostępu do morza.

50. W ciepły dzień warto też skoczyć na kilka godzin kilkadziesiąt kilometrów za Budapeszt. Dokąd? A, choćby do Szentendre – węgierskiego odpowiednika Kazimierza Dolnego. Z Budapesztu dojedziecie tam choćby szybkim podmiejskim pociagiem HGV (odjeżdżają ze stacji (sprawdź) po budańskiej stronie Dunaju). Szentendre to urocze historyczne miasteczko, z plątaniną wąskich uliczek i świetnie zachowanym starym miastem, pełne urokliwych knajpek i fajnych zakątków. Jeśli pojedziecie tam samochodem, śmiało powinniście ruszyć do innych miast znajdujących się w zakolu Dunaju, a oddalonych o ok. godzinę drogi od Budapesztu. To Esztergom z ogromną, górującą nad miastem bazylikę, Visegrad (z wysokimi ruinami zamku, w którym bywali najznamienitsi władcy Europy i obłędnym widokiem na rzekę), a także Vac (ale tu już trzeba się przeprawiać na drugą stronę Dunaju – najszybciej będzie promem).

PODOBAŁ CI SIĘ WPIS? POLUB NA FEJSBUKU, PODZIEL SIĘ Z INNYMI!

Print Friendly, PDF & Email

You Might Also Like

12 komentarzy

  • Odpowiedz
    Grafy w Podróży
    Sierpień 27, 2018 at 10:47 pm

    Z parkowaniem absolutnie nie macie racji. Na radzimy w takich miejscach zostawiac auta. Budapeszt pełen jest małych uliczek, gdzie parkingi wydają się darmowe, ale po prostu są źle oznakowane. Niestety służby miejskie mają to w nosie i uznają, że za parking trzeba zapłacić. Parkingi wcale nie są kosmicznie drogie, ceny porównywalne do tych z dużych Polskich miast. Niestety w wielu miejscach są parkomaty pozwalajace wykupić miejsce maksymalnie tylko na trzy godziny. To znacznie utrudnia zwiedzanie, musimy wrócić i wykupić nowy bilet. Budapeszt to miasto, w którym nie za bradzo potrzebuejmy auta, więc najtaniej i najwygodniej zostawic je na przedmieściach i do centrum dojechać komunikacją miejską. 

  • Odpowiedz
    Marcin
    Grudzień 6, 2016 at 10:41 pm

    51. Pojechać, żeby zobaczyć jak depresyjnym krajem będzie Rzeczpospolita za i po rządach PiSu 😀 

  • Odpowiedz
    Ola
    Październik 15, 2016 at 12:24 pm

    A ja akurat do Budapesztu jechałam busem ( Ecolines, z Krakowa) i nie narzekam. Samo miasto- piękne i bajeczne. Niestety, byłam tam niecałe 5 dni, ale liczę, że uda mi się tam jeszcze wrócić. Pewnie nie w tym roku… ale cóż 🙂 Pozdrawiam!

    • Odpowiedz
      weekendowi
      Październik 17, 2016 at 1:06 pm

      5 dni to i tak wystarczająco, żeby zakochać się w tym mieście:) Życzymy zatem szybkiego powrotu:)

  • Odpowiedz
    Witek
    Wrzesień 29, 2016 at 10:53 am

    Dość sprytny pomysł na wpis. Spisać całą trasę i wrzucić 50 nic nie znaczących wyliczanek 😉 Nie wiem, skąd założenie, że wszysy jeżdżą autami? Po drugie, na Wzgórze Gellerta nie warto się wspinać? Albo wyście tam nie dotarli albo Wam się nie chciało. Sorry, dla przykładu jestem w Paryżu i ma powiedzieć: Nie warto wjeżdżać na Wieżę Eiffela.

    Brakuje to placu Erzsebet Ter (fajna miejscówka na relaks), brak miejsc gdzie można zjeść langosza, ulica Raday utca, długa z knajpkami. Trochę ten wpis przegadany i bez konkretów. Ale dobrze, że są inne blogi podróżnicze 😛

    • Odpowiedz
      weekendowi
      Październik 4, 2016 at 2:01 pm

      Na tym blogu znajdziesz nasze subiektywne zdanie na temat miejsc, które odwiedzamy. Wiadomo, że nie wszystkim musimy się podobać. 

      • Odpowiedz
        Witek
        Październik 5, 2016 at 12:50 pm

        Ale subiektywność nie powinna wykluczać rzetelności 😉 Sorry, folks. Wzgórze Gellerta to absolutne must see podobnie jak wspomniana przeze mnie Wieża Eiffela (albo plac Zamkowy w Wawie). Bo co innego jak nie widoki z panoramą na miasto może być równie atrakcyjne 😉

    • Odpowiedz
      Grafy w Podróży
      Sierpień 27, 2018 at 10:58 pm

      Rzeczywiście tekst pisany jak z czapy, chyba dopadł syndrom dziennikarza, który pisał relacje z wojny w Iraku sziedząc bezpiecznie w Jerozolimie.

  • Odpowiedz
    niesmigielska
    Wrzesień 25, 2016 at 1:27 pm

    Wasz tekst przypomniał mi, że równo rok temu, po tym jak spędziliśmy pół dnia w budapeszcie w drodze do stambulu, obiecałam sobie tam wrocic (do budapesztu, nie stambułu) w 2016, hehe… no nic, obiecuję wrócić do budapesztu w 2017. 
    a w egerze byłam na koloniach, pierwszy raz zagranicą. pamiętam że wszyscy kazali mi "przywieźć wino, koniecznie przywieźć wino, hehe" – więc wydałam 1/10 swojego kieszonkowego na butelkę wina, które potem nikomu nie smakowało. mogłam mieć za to tyle gałek lodów… dzięki, rodzino. 
    dużo fajnych tipów, chylę czoła z uznaniem. jak bedziecie sie wybierac na road trip do stanów to służę wiedzą gdzie mozna zaparkowc za darmola w san francisco, na noc! 😉

    • Odpowiedz
      Weekendowi
      Wrzesień 25, 2016 at 2:54 pm

      Z tymi alkoholami to zawsze tak jest. Jak na studiach przyniosłem z Bułgarii domowej roboty rakiję z winogron, to wszyscy sikali pod siebie z radości. Ale potem tego spróbowali…pół roku dopijaliśmy tę 2,5-litrową butelkę 😉

      Ale to i tak było lepsze niż kupiona na lotnisku w Moskwie nalewka z "syberyjskich orzechów laskowych". Brzmi przezajebiście? Zapewniam że smakuj odwrotnie proporcjonalnie 🙂

  • Odpowiedz
    Asia
    Wrzesień 23, 2016 at 6:31 am

    Memento Park fajny, ale czuje niedosyt po wizycie. Pewnie dlatego, że miałam zbyt duże nadzieje związane z tym miejscem, a może dlatego, ze Moskwę cieżko pobić jeśli chodzi o sowiecki styl 😀 

    • Odpowiedz
      weekendowi
      Wrzesień 23, 2016 at 8:44 am

      Pewnie tak:) ale jako nietypowy dodatek i tak warto:) pozdrawiamy

    Leave a Reply