Europa Środkowa i Wschodnia

Wstęp do zwiedzania Bratysławy. Rozbrajamy „syndrom bratysławski” i złe stereotypy na temat Słowacji

Do Bratysławy ludzie jeżdżą zazwyczaj bez żadnych oczekiwań. Z nami było inaczej – a właściwie ze mną. Bo na stolicę Słowacji napaliłem się jak szczerbaty na suchary. I, co zaskoczyło mnie najbardziej – stolica Słowacji spełniła moje wygórowane oczekiwania i wbrew obawom nie okazała się rozczarowaniem. Zacznijmy jednak od początku…

Bratysława to miasto piękne, choć niedoceniane. Potwierdzają to zresztą niektórzy blogerzy, na przykład Grzegorz Turnau polskiej blogoturystyki. Wpis oczywiście świetny, choć z perspektywy mojej niespełnionej miłości do stolicy Słowacji, odrobinę niesmaczny. Bo dla kolegi Wesołowskiego Bratysława to miasto jak każde inne, takie na jeden dzień, o czym świadczą te wszystkie perwersyjne wkręty o wchodzeniu w nie o piątej nad ranem. Strasza wizja, typowa dla rozpasanego i libertariańskiego Krakowa :)))

Dla nas zaś (no dobra, dla mnie, w końcu to moja obsesja) Bratysława była niespełnionym snem. Takim króliczkiem, którego się goni, bo on cały czas ucieka. A im bardziej Ci ucieka, w tym większy obłęd popadasz. Obłęd napędzają opinię znajomych, którzy już tu byli i którzy przekonują cię, że w sumie nic nie straciłeś. Ale jak to? Oni na pewno coś przede mną ukrywają, nie może tak być.

O tym, jak narodził się mój "syndrom bratysławski" pisałem już kilka razy na blogu, ale z kronikarskiego obowiązku przypomnijmy. Za każdym razem, gdy jechaliśmy gdzieś na południe (Chorwacja, Budapeszt, Bałkany) i już w oddali majaczyły mi charakterystyczne białe wieże bratysławskiego zamku, rosła we mnie chęć na zwiedzanie. Niestety, była ona odwrotnie proporcjonalna do moich współtowarzyszy podróży, którzy albo byli zbyt zmęczeni albo znudzeni albo im się nie chciało albo tu i tak nic nie ma. W drodze powrotnej było tak samo: „No co Ty, to tylko 6 godzin, dociśniemy”.

I w końcu jestem tu, w Bratysławie! Ha! Zanim jednak zaczniemy zwiedzać, musimy się zderzyć i obalić masę stereotypów dotyczących tego kraju.

Stereotyp #1 "Eurotrip"

Oczywiście, to typowe amerykańskie myślenie – obrzydliwe i stereotypowo, choć jednocześnie niesamowicie zabawne. Ale czy fałszywe? Bratysława jest dość czystym miastem, ale ten cytat, że właśnie w telewizji leci nowość z USA, czyli „Miami Vice”…cóż… Spacerując uliczkami stolicy specjalnie zwracałem uwagę na billboardy z nadchodzącymi koncertami i powiem szczerze…nie są to gwiazdy pierwszej wielkości.

brati

Pamiętacie tego pana?

brati1

A tą panią? No dobra, pani kilka dni później zagra też w Warszawie.

A na dodatek (tu niestety nie zdążyłem zrobić zdjęcia, bo billboard widziałem zza szyby autobusu) za kilka dni w Bratysławie będzie klaskane. Tak, tak, sam Wszechmistrz Piotr Rubik i jego „Tu Es Petrus”.

Słowacja wydaje się więc takim trochę krajem może nie zacofanym, ale retro to już bardziej. Albo nawet o, mam! – vintage! Pasuje jak znalazł i wyjątkowo nikogo nie obraża.

Ten vintage widać choćby w innej kwestii

Stereotyp #2 Party Hard

Wiadomo, że jak przygoda, to tylko w Bratysławie. No, może niekoniecznie w samej stolicy, ale jesteśmy z Izą z pokolenia, gdzie pierwszym skojarzeniem ze Słowacją był napis „Potraviny” tuż za granicą i absurdalnie tania wóda. Dziś wóda jest równie dobra jak wtedy (Spisska Borovicka – mniam!), jest też niestety sporo droższa niż wtedy, choć wciąż tańsza niż w Polsce (wiadomo, strefa euro).

Wydaje się, że zalety nieco tańszej wódy zaczynają odkrywać zastępy brytyjskich stagerów, co widać po licznych męskich grupkach koczujących po bratysławskiej starówce. Jeśli więc zastanawiacie się, czemu ostatnimi czasy jakby mniej żygających Angoli na Floriańskiej, oto macie odpowiedź.

Acz widok Angoli w Bratysławie jest jednocześnie zabawny i nieco smutny, bo… zazwyczaj są dość samotni. Bary, w których przesiadują nie są jakoś szczególnie zatłoczone, pięknych (lub jakichkolwiek innych) kobiet, też jak na lekarstwo. Przypomina to trochę klasyczne „sausage fest”, czyli ostatnie miejsce, w którym chcielibyście przebywać. Ach, te różnice kulturowe…

Stereotypy #3 Słowacy nas nienawidzą. Czy tylko mnie?

Tu musiałem bojować ze stereotypem prywatnym, a nie narodowym. Bo, co mnie strasznie zdziwiło – Słowacy są wśród najbardziej ulubionych przez Polaków nacji (lubi ich 48 proc. naszych rodaków). Motywacji można się tylko domyślać, ale stawiam, że oprócz wspomnienia taniej wódy jest to zabawny język, z którego można sobie pożartować. Słowacki jest zresztą trochę podobny do polskiego, a co za tym idzie – nieco mniej zabawny od czeskiego. Dzięki czemu to Czechów lubimy najbardziej spośród innych nacji – sympatię do nich pałają prawie 2/3 Polaków.

Jest to o tyle zabawne, że rzekomo Czesi nas nienawidzą (przyznam, że nigdy osobiście nie odczułem). No i oczywiście, ta nasza sympatia też jest taka podszyta podśmiechujkiem – bo Krecik, wojak Szwejk, bo Czesi zawsze się poddawali i nigdy nie walczyli, a my to nawet na czołgi z ogniem i mieczem.

No i jednak jest coś w tym, że lubimy narody, z których śmieszkujemy, bo między Czechami i Słowacją naszą drugą ulubioną nacją są…tak, ci zabawni Makaroniarze (49 proc sympatii).

A'propos tego stereotypu ja miałem kompletnie odwrotnie: byłem bowiem przekonany, że Słowacy nas nie znoszą. Nie wiem, może mam pecha, ale każda interakcja ze Słowakami czy to z panem w sklepie czy panią sprzedajacą winiety na autostradzie była w najlepszym razie bardzo oschła, w najgorszym zaś kończyła się darciem japy. Na szczęście w Bratysławie udało mi się obalić ten stereotyp…

Stereotyp #4 Janosiki

Dobra, niech im już będzie, że ten Janosik był trochę bardziej słowacki niż polski, chociaż i tak unarodowił go dla nas Marek Perepeczko. Z filmu może wynikać, że Słowacy to prawdziwi twardziele. Czy tak jest w rzeczywistości? Trudno orzec, natomiast jeśli w głównej federacji MMA mężczyźni tłuką się w bieliźnie, to… No dobra, w sumie nic – u nas w głównej federacji główną gwiazdą jest Popek.

brati2Lingerie Fighting Championship 😉

No to kolejny przykład: gangsta rap. Na Słowacji główną ikoną tego gatunku jest brat bliźniak Meza, wyglądający jak nieślubny syn Libera i Kasi „Aniele, tak wiele” Bujakiewicz.

Swoją drogą, to fajne, że w Smyku zaczęli sprzedawać kamizelki kuloodporne w rozmiarze XS.

mikymora

Stereotyp #5: Kofola to najgorszy napój świata

Mam tu lekki zgryz, bo z Kofolą jest trochę jak z kwasem chlebowym. Kwas chlebowy w Polsce, kupowany w plastikowej butelce w sklepie jest absolutnie obrzydliwy i po kilku próbach obłaskawienia go porzuciliśmy próby zaprzyjaźnienia się z tym napitkiem. Co innego na Ukrainie – zimny kufelek prosto z beczki to nasz ulubiony sposób na zgaszenie pragnienia, ilekroć jesteśmy we Lwowie, Kijowie czy gdziekolwiek indziej za naszą wschodnią granicą. I naprawdę nie wiem o co chodzi… może przesiąka plastikiem?

sklenice_kofolaFot. Wikimedia Commons

Z Kofolą jest dokładnie tak samo – nieprzyzwyczajonym do specyficznego połączenia coli z mocno cytrusowo-ziołowym posmakiem pierwszy kontakt z tym napojem może wydać się dość ekhmm…odpychający. Ale tylko wtedy, jeśli będziecie ją pili z plastiku.

Bo Kofola najlepiej smakuje w knajpie z nalewaka, pita w przypominającym piwne pokale kufelku. Najlepiej z którymś ze słowackich dań (będzie o nich trochę w drugiej części wpisu) lub z obowiązkową pozycją, czyli smażonym serem z hranolkami i tatarską omacką.

Z tym daniem też mam jakoś dziwnie – ilekroć jestem u naszych południowych sąsiadów, czuję przemożną potrzebę konsumpcji. I ilekroć jestem w jej trakcie lub tuż po, odczuwam mocno, jak ciężkostrawne jest to danie. Ale ponieważ moje niewyszukane kubki smakowe nie wybierają, znoszę w imię dobrego smaku te niedogodności.

PODOBAŁ CI SIĘ WPIS? POLUB NA FEJSBUKU, PODZIEL SIĘ Z INNYMI!

You Might Also Like

6 komentarzy

  • Odpowiedz
    Czemu Bratysława bije na głowę Pragę i Budapeszt? Idealne miasto na weekend [PRZEWODNIK] - weekendowi.pl
    Grudzień 13, 2016 at 6:36 pm

    […] O tym, jak BARDZO chciałem w końcu, po latach nerwowego oczekiwania odwiedzić Słowację, pisaliśmy choćby tutaj. […]

  • Odpowiedz
    mq
    Listopad 8, 2016 at 7:53 pm

    Mam te same uczucia co do kwasu. Na Litwie i Ukrainie – zawsze, w Polsce, nigdy.

  • Odpowiedz
    Grzegorz Turnau
    Listopad 8, 2016 at 7:46 pm

    Ach te żony polskich blogerów… 

  • Odpowiedz
    Grzegorz Turnau
    Listopad 8, 2016 at 6:21 pm

    Nie wiem dlaczego, ale idę o zakład, że tekst pisał Mariusz 😉 Jakoś przełykam tego libertarianina, Turnaua i pozdrawiam z Baku, w które… też jakoś wszedłem bardzo wcześnie rano 🙂 

    • Odpowiedz
      weekendowi
      Listopad 8, 2016 at 6:34 pm

      Pozdrowienia, zboczeńcu 🙂 I miłej eksploracji 😀

    • Odpowiedz
      Magdalena
      Listopad 8, 2016 at 7:42 pm

      Jakbys przeczytal to bys wiedzial, ze Mariusz. Nie czyta a komentuje. Ahh ta polska blogosfera ;-)) skandal! 

    Leave a Reply