Polska

Nasza wielka improwizowana Majówka 2017. Poszukaj inspiracji na letnie weekendy

Zwykle dokładnie planujemy nasze wszystkie wyprawy. Tym razem postanowiliśmy zaś ruszyć przed siebie, gdzie oczy poniosą. I wróciliśmy bardzo zadowoleni, ale z ogromnym niedosytem. Takim pozytywnym!

Pod względem liczby potencjalnych dni wolnych to była naprawdę dobra majówka, prowokująca do dłuższych i bardziej intensywnych wyjazdów. Niestety, nie dla nas – dopiero co wróciliśmy z Armenii (TUTAJ możecie przeczytać nasz wpis na temat Górskiego Karabachu). A ta, choć nie jest drogim krajem, dość solidnie wydrenowała nasze kieszenie. W tej sytuacji postanowiliśmy spędzić majówkę w starym, dobrym low-costowym stylu. Propozycji było kilka: pojechać na działkę (szybko odpadło po rzuceniu okiem na prognozę pogody), do Czech (ale nie chcieliśmy Osmólskiemu psuć niecnego planu podbicia polskiego Google'a) albo po prostu przed siebie. Ostatecznie zwyciężyła ta ostatnia opcja.

O naszym pierwszym przystanku, który zdeterminował resztę naszej trasy zdecydował przypadek. W ręce Izy trafił bowiem voucher na nocleg i wejściówki do term w Uniejowie, które reklamuje się jako najlepsze kąpielisko w Polsce. W tej sytuacji nie było na czekać, więc ruszamy – Uniejów znajduje się dobre 170 kilometrów od Warszawy, ale ponieważ lwią część trasy lecimy autostradą A2, na miejsce docieramy błyskawicznie. Uniejów słynący z ujęcia wód geotermalnych zrobił na nas bardzo pozytywne pierwsze wrażenie. Samo miasteczko jest malowniczo położone nad Wartą, a po przejechaniu mostu naszym oczom ukazuje się duży kompleks basenów i górująca nad nim wieża Zamku Arcybiskupów Gnieźnieńskich, do którego skierowaliśmy swoje pierwsze kroki. Jest naprawdę fajnie położony – w parku, nad samą rzeką.
Sam zamek jest odnowiony i prezentuje się zacnie, w środku znajduje się hotel i pizzeria. Po krótkim spacerze wracamy do naszego hotelu i jeszcze raz badamy okolice term. Czujemy się trochę jak nad Bałtykiem – jest tor kartingowy, piłeczki dla dzieciaków, masa barów, restauracyjek i restauracji z goframi, mydłem i powidłem, cymbergaj, a nawet oldskulowy mobilny sklep znanej marki odzieżowej pod wielką plandeką. Ale spokojnie – kończymy spacer i wracamy tu następnego dnia rano.

I okazuje się, że mamy nosa. Kiedy meldujemy się na basenie tuż przed 10, już jest sporo ludzi, ale spokojnie wchodzimy bez kolejki. Miejsce jest bardzo fajne – jest kilka basenów z gorącą wodą, tak na powietrzu jak i na zewnątrz. Coś dla siebie z pewnością znajdą dzieciaki, jak i dorośli – są zjeżdżalnie dla małych i dużych, rwąca rzeka, a nawet basenowy bar. Do tego bicze wodne, bąbelki i wszystko inne, czego można się spodziewać po takich miejscach. A specyfiką takich miejsc jest też to, że czas płynie bardzo szybko. Nasz voucher uprawnia do 3 godzin na basenie. I wiecie co? W życiu tyle nie będziemy tu siedzieć, bo ile można się moczyć w wodzie, a Helka też pewnie zaraz się zmęczy albo znudzi i trzeba będzie wracać. Tak sobie myśleliśmy, ale oczywiście myśli sobie, a rzeczywistość sobie – na basenie byliśmy grubo ponad 3 i pół godziny ciągiem i gdybyśmy się nie ocknęli, pewnie zostalibyśmy jeszcze trochę dłużej. W międzyczasie z przerażeniem skonstatowaliśmy widok zza szyby, gdzie kolejka chętnych do skorzystania z basenów wynosiła coś około setki osób.
Po basenie mieliśmy w planach kontynuować dzień Helciaka i ruszyć do oddalonego o kilkanaście kilometrów dalej zoo safari w Borysewie, które patrząc po opisach, zdjęciach i deklarowanej liczbie atrakcji wygląda naprawdę zacnie. Mieliśmy, ale wystarczyło, że Heldon wsiadł do auta i 60 sekund później z tylnego siedzenia rozległo się donośnie chrapanie. Tak, drogi pamiętniczku – jeśli nie umiesz uspokoić swojego dziecka, zabierz je na basen. I trzymaj tam do woli. Swoją drogą – te wszystkie nowe atrakcje mają drenowanie kieszeni rodzica opanowane na poziomie expert. Bo oczywiście fajnie, że Helka na termy miała darmowy wstęp (jak wszystkie dzieci do 7 roku życia), ale każdy z rodziców za 3 godziny musiał zapłacić 49 zł (plus jeszcze kilkanaście za przekroczenie czasu). Z kolei za wejście do Borysewa zapłacilibyśmy wdług promocyjnej taryfy 2+1 „tylko” 74 złote. Ehh, piękna ta nasza Polska. Piękna i droga.

Ruszyliśmy więc w dalszą podróż. Kolejnym etapem była… Częstochowa. Czemu tak? A czemu nie? No dobra, teraz poważnie – chcieliśmy zobaczyć zamki na Jurze, a Częstochowa to w tej sytuacji idealna baza wypadowa. Ale był też jeszcze jeden powód prywatny, którego powodem byłem ja, czyli Mariusz. Moją prywatną motywacją było zobaczenie Jasnej Góry i obrazu cudownego, ale wcale nie dlatego, żebyśmy byli jakoś wybitnie wierzący (jesteśmy, ale nie wybitnie 😉 ). Bo dawno mnie tam nie było. Chyba od matury – swoją drogą, też jeździliście z klasą przed egzaminem dojrzałości na modły, jakby to miało decydujący wpływ na to, czy zdacie?

A tak poważnie to Jasną Górę chciałem zobaczyć z tego samego powodu, dla którego tylu z was marzy o podróży do Nowej Zelandii. Tak, mam paru znajomych, którzy po kilkanaście razy oglądali przesławną trylogię Tolkiena (to nie grzech, że piszę małą literą?) i podczas wspólnych seansów rujnują wszystkim nastrój wyprzedzając dialogi w filmie. A ja… jako odrobinę starszy dżentelmen wychowany na Sienkiewiczu mam tak samo z „Potopem”. Wiecie – „kończ waść, wstydu oszczędź”, „Jędruś, jam ran twoich niegodna całować” i oczywiście kultowe „A Kuklinowski panu Kmicicowi teraz boczków przypiecze. Taaaaakk…booooczków przypieeeecze”. Ale i tak zawsze największe wrażenie robiła i dalej robi na mnie ta słynna scena na Jasnej Górze – z obrazem, pompatyczną muzyką i tymi wszystkimi twarzami ludzi, pełnymi nadziei, takimi….dobra, dość patosu.

Byliśmy więc na Jasnej Górze. Widoczna z daleka wieża robi ogromne ważenie (zwłaszcza, gdy wjeżdża się do miasta od strony Opola), podobnie jak same potężne fortyfikacje i mury obronne klasztoru. A sam klasztor paulinów w środku jest… znacznie mniejszy niż zapamiętałem, ale z całą pewnością warto go odwiedzić, jeśli akurat będziecie w pobliżu.

Fajnie, że nie jest aż tak skomercjalizowany jak sobie wyobrażałem i na każdym kroku nie atakuje cię przydrożny sprzedawca dewocjonaliów. Z ciekawostek – opłata za parking strzeżony wynosi „co łaska”. Naprawdę. I wiecie co? Chyba ojczulkowie wychodzą na swoje, bo z moich obserwacji wynika, że jakoś tak nieswojo jest kierowcom wrzucać 15 groszy albo zapasowy guzik od spodni.

Pierwszy cel został więc zrealizowany, drugim celem była sama Częstochowa. Bo o ile Jasną Górę pewnieście jakoś widzieli, to samo miasto pewnie już niekoniecznie. Bo jakoś tak nigdy się nie składało, prawda? Wiemy, mieliśmy to samo i postanowiliśmy nadrobić zaległości.I, trochę trudno mi to pisać – ale po pobieżnym, dwugodzinnym spacerze przy użyciu stóp i samochodu stwierdzam, że błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli, że z grubsza nie ma w tej Częstochowie nic ciekawego do obejrzenia. Oczywiście – być może miejscowi zaraz poszczują medalikiem a podróżnicy, których porwano i zakazano opuszczać miasto pod karą chłosty zaczną się burzyć, że to przecież tak urokliwy gród, że Weekendowi, gońcie się, ale jednak – pierwsze wrażenie jest pierwszym wrażeniem. A pierwsze wrażenie w tym przypadku to zapchana neonami i niezbyt ładna aleja NMP (to powinien być deptak, bez samochodów) i prawdopodobnie najbrzydszy dworzec kolejowy w Polsce w słusznie minionym stylu „wczesnego kapitalizmu”. Zapomniałem o czymś? Ano tak, jest jeszcze ta słynna „aleja frytkowa”, która rzekomo rozsławia Częstochowę na wieki wieków. I my byśmy bardzo chętnie spróbowali tych frytek, ale… kurde, nie jesteśmy jakimiś wielkimi estetami i nie wymagamy Wersalu. Jednak wygląd i stan obiektów kazały nam powątpiewać, że w tych przybytkach znajdziemy cokolwiek sensownego do jedzenia.

Mały plusik – po drodze zahaczyliśmy o IV Liceum Ogólnokształcące, co jest miłym, lokalnym smaczkiem.

Czy przesadzamy z opisem miasta? Być może. Tak, wiemy, że jest tu Muzeum Zapałek i jeszcze kilka innych atrakcji. Jeśli chcecie odrobinę bardziej pozytywnego obrazka z Częstochowy – zachęcamy do odwiedzin u TEJ PANI.

Rano po pysznym śniadanku ruszamy do Olsztyna koło Częstochowy, gdzie znajdują się ruiny zamku królewskiego z XIII wieku. Jest to absolutnie imponujące miejsce – położone na wysokim wzgórzu wśród skał wygląda fantastycznie z dołu, a z góry rozpościera się świetny widok na okolicę. Bilety zdaje się po piątaku i były to świetnie wydane pieniądze. Chociaż Helce i tak najbardziej podobał się duży plac zabaw u podnóża zamku.
Na malowniczych wapiennych skałach znajduje się kilka wspaniałych zamków tworzących słynny Szlak Orlich Gniazd, ale ponieważ na Jurę daliśmy sobie jeden dzień (tak, wiem, ekspresowe tempo), musieliśmy wybrać to, co najciekawsze. Po Olsztynie ruszyliśmy więc na południe, gdzie w odległości 2 kilometrów od siebie znajdują się ruiny zamków w Mirowie i Bobolicach.

Tu efekt jest chyba jeszcze bardziej piorunujący – jedziemy gminną dróżką, nuda, nic się nie dzieje, aż tu nagle bum! – nie wiadomo skąd wyłania się smukła sylwetka zrujnowanej, ale przepięknej wieży, która w czasach świetności była perłą w koronie na Szlaku Orlich Gniazd. I jeśli wierzyć tablicom informacyjnym, zapewne za parę lat odzyska to miano, gdy rozpocznie się gruntowny remont tej imponującej fortecy.
O tym, że odrestaurowany zamek może wyglądać jak z bajki przekonujemy się już 1,5 kilometra dalej, gdy dojeżdżamy do zamku Bobolice. Nie może być inaczej – potężny gród wygląda jak rodem z bajek Disneya. Kręcono w nim zresztą teledysk do piosenki promującej „Meridę Waleczną”, co zupełnie przypadkowo sprawiła, że właśnie ta forteca najbardziej trafiła Helce do gustu. Innym turystom też – ze wszystkich dotychczas odwiedzanych przez nas fortec to tu było najwięcej majówkowiczów.

Ale pod względem turystycznej frekwencji i tłoku palmę pierwszeństwa Bobolicom szybko odebrał Ogrodzieniec, czyli najbardziej imponujący zamek ze wszystkich na szlaku. Tu niestety liczba ludzi, aut i straganów mocno daje nam się we znaki. Trochę spacerujemy, ale tłumy trochę nam rujnują finał tej wyprawy. Nic to jednak – wyprawa ta ma charakter demonstracyjny. To zaś oznacza, że lada moment tu wrócimy. Mało tego – obiecujemy sobie, że wrócimy tu na rowerach, a to już poważna deklaracja.

Katowice nocą ze spiżową mocą!

Ostatni etap naszej podróży to też taka wprawka przed dłuższą eskapadą. Katowice – stolica i wizytówka Górnego Śląska, która z roku na rok pięknieje w oczach. Ze Śląskiem jest trochę jak z Rumunią – to wspaniały region, pełen pięknych i urokliwych miejsc, ale ciągle ciągnie się za nim etykietka brudnego, zapuszczonego i zaniedbanego regionu. I nie każcie mi nawet zaczynać sagi o brudnym powietrzu czy nienawidzeniu goroli, zwłaszcza tych zlokalizowanej tuż obok przygranicznej rzeki Brynicy.

Ja Śląsk znam słabo, ale w Katowicach bywałem dość regularnie – od kilku lat obsługując jako dziennikarz Europejski Kongres Gospodarczy. I pamiętam, że od początku zafascynowało mnie to miasto, choć… oprócz pięknych miejsc były też takie asbolutnie paskudne. Pierwszy raz świadomie byłem tu chyba w 2010 roku. Kumpel zaprosił mnie na weekend i było super. Klimatyczne knajpy, akademiki na Logicie i finał Super Bowl oglądany w towarzystwie przyszłych mistrzów Polski w futbolu amerykańskim, czyli Silesia Miners. Ale był też jeden z bardziej traumatycznych momentów w moim życiu, gdy o 4.30 rano pojawiłem się na „starym” dworcu PKP i musiałem zabić jakoś czas przez 2 godziny – do przyjazdu pociągu. Nie jestem wielkim fanem supermarketyzacji centrów miast i powstawania wielkich galerii handlowych, ale ilekroć widzę nowy dworzec, dziękuję Bogu, że ktoś zdecydował się zburzyć tamtą szkaradę. I pamiętam te ochydne, odrapane budynki w centrum, szkaradnego Skarbka i pokrętnego kikuta, który przypominał rynek. Od tego czasu Katowice zmieniły się diametralnie – na supermarketowy dworzec można narzekać, ale jest czysto, kompaktowo i nowocześnie. Wyładniało też ścisłe centrum miasta, a rynek jest już rynkiem nie tylko z nazwy. Największa zmiana nastąpiła jednak w okolicach słynnego Spodka, gdzie w 2015 r. powstało zupełnie nowe centrum miasta. Skwery, dużo zieleni i nowa piękna architektura. To przede wszystkim Międzynarodowe Centrum Kongresowe i Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia. Najważniejszy jest jednak ostatni (patrząc od strony Spodka) kompleks budynków, czyli dawna kopalnia „Katowice”, która dziś jest siedzibą nowego Muzeum Śląskiego.
Siedzibą absolutnie fenomenalną, godną wspaniałej kolekcji sztuki współczesnej i obrazów największych mistrzów (w kolekcji mają dzieła Matejki, Malczewskiego, Wyspiańskiego czy Chełmońskiego).

Oprócz galerii obrazów znajdziemy tam też m.in. polską sztukę współczesną i interaktywną wystawę przedstawiającą historię Górnego Śląska na przestrzeni dziejów (choć oczywiście nie wypada się nie zgodzić, że jest to mocno uproszczona i "spolszczona" wersja historii). Do tego w środku jest masa innych interaktywnych atrakcji, zwłaszcza dla dzieciaków. Na przykład śląska wersja "Eurobiznesu", gdzie można inwestować w lokalne fabryki, kopalnie i inne tego typu przybytki. Gra się na wielkich interaktywnych stołach i jest to CHOLERNIE wciągające. Dość powiedzieć, że Helkę trzeba było siłą odciągać od rozgrywki po jakichś 90 minutach. I było ciężko, bo choć głodna, zafascynowana wykonywała kolejne rzuty kostką 😉
Moim prywatnym zdaniem Muzeum Śląskie to dziś zdecydowanie największa atrakcja Katowic. Zaraz obok Nikiszowca, czyli unikalnego w skali Europy osiedla robotniczego z początku XX wieku. Czerwona cegła, robotniczy klimat i wrażenie, jakby czas zatrzymał się tu sto lat temu – to miejsce jest niepodobne do żadnego innego, które kiedykolwiek mieliście okazję obejrzeć.

W przerwach między zwiedzaniem miasta dużo spacerowaliśmy, leniuchowaliśmy i spożywaliśmy. Jeśli mielibyśmy wam polecić dwa miejsca idealne do konsumpcji, to pierwszym jest BARDZO niepozorny Bar pod Siódemką zlokalizowany przy Stawowej 7. Wystrój dość siermiężny, za to jedzenie pyszne – zwłaszcza polędwiczki w sosie chrzanowym, żurek i oczywiście klasyczna rolada z modro kapusto.

Po takim obiedzie (jeśli jeszcze zostanie wam miejsce) polecamy Starą Pączkarnię przy 3 Maja. Pączki nie są może najtańśze (2,50 sztuka), ale za to ogromne i wypełnione kilkunastoma rodzajami nadzienia do wyboru, do koloru. Prawdziwa uczta.

W Katowicach też spodobało nam się na tyle, że już planujemy dłuższy wypad na tereny aglomeracji i okolic. Żeby tylko starczyło nam przedłużonych weekendów…

PODOBAŁ CI SIĘ WPIS? POLUB NA FEJSBUKU, PODZIEL SIĘ Z INNYMI! 

You Might Also Like

5 komentarzy

  • Odpowiedz
    MAGDA
    Maj 25, 2017 at 4:36 pm

    I świetnie! Czasem nieplanowane wyjazdy potrafią naprawdę zaskoczyć, a może i zainspirować? PS. Owszem sama należę do "planowaczy"…ale spontan równie cenię 😊

  • Odpowiedz
    Natalia
    Maj 25, 2017 at 12:57 pm

    Akademiki na Ligocie, a jak już miało być po Śląsku to z "modrom kapustom" 😉 a cały wyjazd jak na "niskobudżetowy" to wydaje się, ze wyszedł całkiem niezle 😆

  • Odpowiedz
    Agnieszka
    Maj 25, 2017 at 11:36 am

    Zaciekawiła mnke ta pizzeria w środku. Może uda mi się tam kiedyś wyskoczyć na dzień lub dwa. Świetny wpis!

  • Odpowiedz
    Olka
    Maj 25, 2017 at 11:36 am

    My rok temu spędzaliśmy majówkę w Polsce. Również był dość improwizowana. Ale Świętokrzyskie oraz Beskid Niski okazały się strzałem w dziesiątkę. W tym roku majówkę spędziliśmy na Bałkanach i było równie cudownie 😉

  • Odpowiedz
    Ewelina
    Maj 25, 2017 at 11:28 am

    Uwielbiam inspirujące artykuły o Polsce. Z powyższych Muzeum Śląskie jest u mnie pierwsze na liście: -) Sama się zbieram do napisania czegoś podobnego o moich rejonach. Pozdrowienia!

  • Leave a Reply