Europa Zachodnia

Ile kosztuje spełnienie marzeń, na które czekało się całe życie?

Odpowiedź brzmi: od 42 euro za jeden dzień, bo tyle kosztuje najtańśzy sensowny bilet do paryskiego Disneylandu. I choć to duże koszty, warto wysupłać trochę więcej grosza, by marzenie życia nie zamieniło się w koszmar.

Takie miejsca jak paryski Disneyland jednocześnie zachwycają, ale i przerażają. I chyba nawet to drugie uczucie czasem przeważa: bo oczyma duszy widzisz te monstrualne kolejki, te tłumy ludzi zadeptujących siebie nawzajem. I nie tyczy się to tylko Disneylandu, ale chyba wszystkich parków rozrywki. Jak sobie z tym poradzić? Jest jedna rada: trzeba się przemóc. Dla nas takim przełamaniem był Legoland – jeden z punktów naszej wyprawy po Danii. Chciałam tam pojechać, chociaż Mariusz trochę kręcił nosem. A kiedy zobaczył ceny biletów, do kręcącego nosa dołączyła reszta głowy. Chcąc nie chcąc przemógł się, kupiliśmy bilety i… okazało się, że siłą musiałam go stamtąd wyciągać, bo już prawie zamykali, a my mieliśmy przed sobą godzinną podróż do hotelu. A przecież Legoland do Disneylandu nie ma startu… Bo Disneyland to dla naszego pokolenia miejsce szczególne – powrotu do dzieciństwa, beztroski i świata marzeń. I chyba nie tylko dla naszego.
Bo Walt Disney był geniuszem i twórcą imperium, które wywarło wpływ na cały świat. Bo przecież jako dzisiejsi 30-latkowie wychowaliśmy się na bohaterach Disneya: tych klasycznych jak Myszka Miki i Minnie, Goofy, pies Pluto czy Kaczor Donald. Ale też tych późniejszych jak Gumisie, Kubuś Puchatek czy inna brygada RR. Te piękne czasy, kiedy siadało się w niedzielę o 19.30 przed telewizorem albo w sobotę po 14. Tę sobotę szczególnie miło wspomina Mariusz, bo jego ulubioną bajką był Sknerus McKwacz – pewnie dlatego, że sam ma w sobie coś ze sknery 😉
A dziś, kiedy mamy Helcię, Disney jest obecny w naszym życiu choćby poprzez „Krainę Lodu”, na której punkcie Helka ma fioła. Zna na pamięć wszystkie piosenki i dialogi z filmu, a szafa ugina się od koszulek i bluzeczek z wizerunkiem Anny i Elzy.
I w tej oto sytuacji zgłosiła się do nas Air France i zaproponowała przetestowanie słynnego podparyskiego parku rozrywki. Na taką propozycję odpowiedź mogła być tylko jedna. Organizatorzy stawali na głowie, żeby pokazać nam zalety francuskiej branży lotniczej, bo po wylądowaniu na głównym lotnisku Charles de Gaulle, zaczęli nas po nim oprowadzać. A ponieważ lotnisko jest spore, spacer potrwał dość długo.
Francuzów oczywiście można zrozumieć – toczą trudną walkę o pasażera z Ryanairem i innymi tanimi liniami, a przy okazji chcą pokazać, że odrobili też lekcję, jeśli chodzi o infrastrukturę. I faktycznie – widać, że w CDG, który jest głównym hubem przesiadkowym popularnej „Francy” wpompowano kupę kasy i to rzuca się w oczy. Pojawiły się nowe terminale, kolejki między nimi, hotele oraz lounge, które umilają oczekiwanie na kolejny lot. Na pewno docenią to pasażerowie na lotach przesiadkowych. Jeden z takich lounge'y przetestowałam w drodze powrotnej i powiem Wam, że od czasu do czasu fajnie jest, kiedy w spokoju możesz poczytać sobie ulubioną gazetkę z kieliszkiem wina i przekąskami. 
Chociaż przyznam, że podczas tego lotniskowego „touru” razem z innymi blogerami mało uważaliśmy, bo czekaliśmy już na główną atrakcję. Najpierw jednak udaliśmy się do hotelu – ulokowanego na terenie parku Newport Bay Club. Rzut oka na Booking.com – 1200 złotych za dwójkę. No cóż, raczej nie będziemy tu nocowali, gdy przybędziemy kiedyś do Disneylandu całą rodziną. Ale z drugiej strony warto rozważyć nocowanie na terenie parku, tym bardziej, że jest tam też dużo tańszych hoteli – ceny zaczynają się od 400 zł za dobę. Oczywiście, w Paryżu lub okolicznej miejscowości da się przenocować taniej, ale… Po pierwsze – stracicie pieniążki na transport, a po drugie – nocowanie w hotelu na terenie parku daje ci prawo do rozpoczęcia zwiedzania parku odrobinę wcześniej. Bo o ile Disneyland i Walt Disney Studios otwierają swoje podwoje o 10, tak hotelowi goście mogą szaleć już o 8.30. I uwierz mi, że docenisz tę radę, stojąc w kilometrowej kolejce do wejścia 😉
W końcu czekujemy się w hotelu i zaczynamy zwiedzanie, z przepustkami VIP w rękach. Na pierwszy ogień idzie Walt Disney Studios. No właśnie, jestem wam chyba winna wyjaśnienie, bo słynny park rozrywki to tak naprawdę dwa parki – Disneyland i Walt Disney Studios właśnie. Czym się od siebie różnią? Ten pierwszy to miejsce bardziej dla małych dzieci, drugi – dla tych starszych, choć ten podział nie jest tak do końca jasny. Liczba atrakcji w tym drugim przyprawia o zawrót głowy. Największe wrażenie zrobił na mnie Tower of Terror, czyli nawiedzony budynek rodem z horroru z pędzącymi z szaloną prędkością windami. Za każdym razmem, gdy przechodziłam obok niego było słychać ludzi "uwięzionych" w windach;)

A jeżeli chodzi o najbardziej odjazdowy rollercoaster to musicie się wybrać na Rock'n' Roller Coaster. Przy muzyce Areosmith rozpędzicie się w niecałe 3 sekundy do 90 km na godzinę i zrobicie parę pętli. I właściwie wcale tu nie chodzi o tę prędkość, ale o klimat w który zostaniecie wprowadzeni. Czekająć w kolejce zobaczycie prawdziwe rockowe rekwityty, a tuż przed startem wejdziecie do prawdziwego studia nagrań. Takich atrakcji jest jednak więcej – są choćby wspaniałe improwizowane pokazy kaskaderów (odbywają się dwa razy dziennie na specjalnym torze), czy Studio Tram Tour, gdzie obejrzycie scenerię z niektórych filmów. 
Osobną kategorią są przejażdżki kolejkami – patrząc po kolejkach, największą popularnością cieszyła się morska przygoda z rybką Nemo, ale mi najbardziej podobała się ta po kuchni Ratatuja. W końcu jesteśmy w Paryżu, a to do czegoś zobowiązuje. W tym przypadku najbardziej ujęła mnie wielka dbałość o detale – mamy stylizowaną paryską uliczkę i holograficzne animacje przedstawiające ogromną kuchnię, po której poruszasz się z perspektywy właśnie małego gryzonia. Do tego całkiem udana próba oddziaływania na wszystkie zmysły, bo to tak naprawdę 5D – są efekty ciepła, zimna a nawet…zraszania, kiedy na ekranie kucharze otwierają butelkę z szampanem.
Drugi dzień spędziliśmy w całości w Disneylandzie i był to dzień bardzo intensywny – każdy chciał zobaczyć jak najwięcej, choć było to niemożliwe. Centralną postacią parku jest oczywiście Zamek Śpiącej Królewny – rzekomo większy niż te „oryginalne” fortece w amerykańskich parkach. Niestety, ponieważ zwiedzaliśmy w sobotę, od samego początku towarzyszyły nam spore kolejki, także w „naszej” strefie VIP. Dlatego dobra rada – jeśli planujecie podróż do Disneylandu, to raczej w tygodniu, a nie w weekend. Bo nawet jeśli z nostalgią wspominacie PRL, to konieczność czekania 50 minut do niektórych atrakcji (naprawdę!) skutecznie może was zniechęcić.
Największą popularnością wśród starszych gości parku cieszyła się część poświęcona „Gwiezdnym Wojnom”, w której można m.in. wejść na pokład Sokoła Milenium pilotowanego przez R2D2 i C3PO (wiem, wiem, konserwatywni fani sagi będą oburzeni brakiem konsekwencji). W tym miejscu najlepiej widać to, o czym pisałam wcześniej – jak zaciera się granica między dorosłością a wiekiem dziecięcym. Trzeba było widzieć pełne rozczarowania minych starszych panów, gdy zaordynowano im, że Akademia Jedi, czyli miejsce, w którym możesz posiąść mityczną MOC (wersja dla fanów, tak naprawdę naparzasz się świecącymi kijami, sorry…laserowymi mieczami), jest dostępne tylko dla dzieci, a dorośli nie mają szans na zostanie Obrońcę Republiki. 

Druga ważna rada brzmi następująco – nie ma sensu skakać między parkami rozrywki. Jeśli zdecydujecie się na Walt Disney Studios, trzymajcie się tego wyboru konsekwentnie do końca dnia.

Będąc w Disneylandzie trzeba też koniecznie wspomnieć o stałych punktach programu – pierwszą jest odbywająca się każdego dnia o godz. 17 parada z udziałem wszystkich najważniejszych bohaterów – odświeżona z okazji 25 rocznicy powstania parku. Są kaczory, myszki, zabawki z „Toy Story”, ulubienice Helci, czyli Elza i Anna, cały pakiet księżniczek i wiele innych postaci. Nawet ziejący smok. Miejsca zajmowane są już godzinę przed paradą, dlatego warto znaleźć dla siebie jakieś miejsce wcześniej. Postacie przechodzą od Zamku Śpiącej Księżniczki główną ulicą w stronę wejścia. Dobrą opcją oglądania parady jest także restauracja Walt's. Tyle tylko, że tutaj po pierwsze prowadzona jest rezerwacja na miejsca i to na 3 miesiące przed, a po drugie ta przyjemnść nie należy do najtańszych. Kolejne stałe punkty to występy postaci na scenie pod Zamkiem Śpiącej Królewny – możecie obejrzeć Myszkę Miki i przyjaciół oraz wszystkie księżniczki z Disneyowych bajek. 
Swoją drogą – trochę to słabe, że „Kraina Lodu” nie ma żadnej tematycznej atrakcji w parku. Mam nadzieję, że do czasu, kiedy wrócimy tu z Helcią, władze parku naprawią tę sytuację:). Z drugiej strony – podczas wieczornego pokazu iluminacji i fajerwerków „Kraina Lodu” jest najmocniej reprezentowana. To chyba najfajniejsze zwieńczenie wizyty w Disneylandzie – mamy animacje i mapingi z bajek pojawiające się na ścianie zamku, w tle zaś lecą piosenki. Każda ma po jednej, a Kraina Lodu ma aż trzy. Nie ma dnia, żeby Hela ich nie oglądała na moim telefonie. Co z tego, że są po francusku;)

PS. Piszcie w komentarzach, czy chcecie relację zdjęciową jako oddzielny wpis.

Wpis powstał przy współpracy z Air France oraz Disneyland Paris.

PODOBAŁ CI SIĘ WPIS? POLUB NA FEJSBUKU, PODZIEL SIĘ Z INNYMI! 

You Might Also Like

2 komentarze

  • Odpowiedz
    Dorota Kajaki
    Maj 18, 2017 at 12:17 pm

    Super miejsce, muszę tam pojechać zdecydowanie! 🙂 

  • Leave a Reply