Inne

5 najgorszych miejsc na Walentynki [i BONUS]

Z Walentynkami jest jak z Pudelkiem i „M jak Miłość” – niby nikt nie ogląda i nie czyta, ale i tak każdy wie, co porabia Marek Mostowiak i z kim ostatnio pobiła się Kasia Cichopek. Jeśli już więc trzeba je obchodzić, to jakich miejsc należy unikać?

Nie ma dobrego miejsca na spędzenie Walentynek, bo to w sumie nie jest fajne święto. Znaczy – ogólnie nie ma w nic złego, ludzie są dla siebie mili, a miłość kwitnie. Ale z drugiej strony cała ta otoczka jest bardzo męcząca. Tak męcząca, że w trakcie pisania zmieniliśmy formułę tekstu, bo pierwotnie miało być o najlepszych miejscach na Walentynki. Ale w trakcie pisania okazało się że mają one więcej wad niż zalet, toteż odmienna koncepcja. Oto więc przedstawiamy 5 (a właściwie 6, bo z bonusem) najgorszych miejsc, w których można spędzić to święto. Gotowi? To zaczynamy.

5 najgorszych miejscówek na Walentynki

Z pozoru miejsce idealne, bo ciepło, dużo zabytków i dla każdego coś miłego. Romantyczne panie świetnie się zapewne odnajdą w sceneriach z powieści Carlosa Ruiza Zafona jak choćby genialne wzgórze Tibidabo i otaczająca je dzielnica, w której czas zatrzymał się dobre 150 lat temu, panowie zaś z pewnością chętnie odwiedzą Camp Nou i ponarzekają na niesamowitą drożyznę panującą w siedzibie „Mes Que un Club”. Miasto Picassa i Leo Messiego, w którym absolutnie się zakochałem, gdy w 2005 roku spędziłem tu krótki tygodniowy urlop. Dlatego bez wahania wybraliśmy to miejsce na start naszej podróży poślubnej, o której pisaliśmy już trochę TUTAJ. Napisaliśmy też co nieco TUTAJ w tekście pod wiele mówiącym tytułem "Podróż poślubna z piekła rodem".

W telegraficznym skrócie: początek okazał się być absolutnym falstartem, na który wpłynął szereg niezależnych od siebie przyczyn: a to linia lotnicza (pozdrawiamy Wizzair – forgive but not forgotten) zostawiła nasze bagaże w Warszawie i przywiozła z powrotem dopiero 3 dni później, a to nasz hotel okazał się być położony tuż przy najsłynniejszej ulicy dziwek i kurtyzan w Barcelonie, a co gorsza – przy ponad 30 stopniach w nocy nie działała klimatyzacja, a nie mówiąca po angielsku obsługa hotelowa nie była w stanie naprawić problemu. Swoją cegiełkę do tego falstartu dołożyła też sama Barcelona, dosłownie przepełniona wszelkiej maści turystami. I to mimo tego (a może właśnie dlatego), że to był koniec września, czyli już po szczycie sezonu. W efekcie gdziekolwiek się nie pojawiliśmy, towarzyszyły nam wielkie tłumy, równie sfrustrowane jak my sami.

Że problem istnieje, przyznają władze Barcelony i sami mieszkańcy. Rocznie stolicę Katalonii odwiedza ponad 9 mln turystów. To stanowczo za dużo – kilka miesięcy temu pani burmistrz oficjalnie przyznała, że będzie szukała sposobów na ograniczenie ich liczby, aby Barcelona nie została przez nich kompletnie rozdeptana i nie zamieniła się w wielki park rozrywki.

5 najgorszych miejscówek na Walentynki

Stolica Węgier to dowód na to, że nie wszędzie Walentynki mogą być kiepskie, bo tu każdy Polak czuje się jak u siebie. I wcale nie tyko dlatego, że Jarek-Viktor dwa bratanki. Budapeszt jest po prostu fajny – piękna architektura (opłacało się walczyć po stronie Osi 😉 ), pyszne i niedrogie wino, fantastyczne baseny z gorącą wodą. Nic tylko zwiedzać i poddać się romantycznej atmosferze? Tak też zrobiliśmy – uważni czytelnicy tego bloga być może pamiętają, że w chwili słabości chcieliśmy (no dobra, ja chciałem) wzorem małżeństwa Beckhamów nazwać naszą córkę „Budapeszt” na cześć…no wiecie.

Ale Budapeszt jest fatalny i ma tyle wad. Weźmy choćby hostele – nigdy nie zdarzyło nam się nocować w fajnym, wszystkie wybierane przez nas na miejscu okazywały się jakimiś obskurnymi placówkami, których nie ratowała lokalizacja. W końcu postanowiliśmy na Airbnb i mieszkania i to rozwiązało problem. Albo…dobra, nie oszukamy was. Budapeszt jest super! Gdybyśmy w najbliższy weekend byli w Budapeszcie, z pewnością zaczęlibyśmy od długiego spaceru wzdłuż Dunaju od Margitsziget do Mostu Łańcuchowego. Nie tylko dlatego, że to najładniejszy most w Budapeszcie, ale bardzo blisko stąd do monumentalnej Bazyliki św. Stefana. A to ważne, bo tuż obok bazyliki jest Gelarto Rosa serwująca zdecydowanie najlepsze lody w Budapeszcie. Stamtąd śmiało ruszamy dalej w stronę Mostu Elżbiety i idziemy dalej ul. Lajosa Kossutha. Po czym od razu odbijamy gdzieś w bok do jednej z licznych zlokalizowanych tutaj winiarni. Wieczór kończymy w termalnych basenach Szechenyi tuż obok placu Bohaterów.

5 najgorszych miejscówek na Walentynki

Paryż nie pozostawi cię obojętnym: można go kochać lub nie znosić niezależnie od pory roku. A w ten szczególny dzień te uczucia tylko się zwielokrotniają, w końcu to „miasto miłości”. Oznacza to, że te wszystkie uniesienia, romansidła i miłosne archetypy należy tu pomnożyć razy 100. Także tłumy, bo przecież nie ma nic bardziej romantycznego niż romantyczna chwila z ukochaną np. na wieży Eiffla. O, na przykład jak my na zdjęciu. Oczywiście, jak już wystoimy godzinę w kolejce, po drodze opędzając się od wszelkiej maści szemranych sprzedawców breloczków i wszelkiej innej maści dóbr podejrzanych. 

A gdy zgubimy drogę, zawsze możemy też liczyć na pomoc gburowatych Francuzów, którzy – choć przecież widzą ten twój przaśny słowiański ryj i niezbyt frankofoński akcent – robią wszystko, żebyś nie zrozumiał ani słowa. I choć zapewne mówią po angielsku i doskonale cię rozumieją, to z ich ust raczej nie usłyszysz mowy Szekspira. Mało tego, pewnie jeszcze specjalnie będą szybciej trajkotać, byś nie zrozumiał ani jednego słowa z wyjątkiem nazwy stacji metra, na której jesteś i punktu, do którego chcesz się dostać. Do tego nieuprzejmi kelnerzy, groteskowy Montmartre, Pere Lachaise i zabawa w poszukiwanie znanych zwłok z mapą w ręku. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że gdy jesteś w Paryżu, to sam robisz te wszystkie rzeczy. Bo to nie jest tak, że Paryż nam się nie podoba. W Luwrze było super, muzeum d'Orsay też wymiata. Ale całość (ta turystyczna) za bardzo przypomina nam wielki park rozrywki dla turystów. Więcej o Paryżu możecie przeczytać TUTAJ.

5 najgorszych miejscówek na Walentynki

Jedyna kandydatura na Walentynki, co do której nie mamy pewności, że nie warto. Wszystko dlatego, że pamiętamy je jak przez mgłę. W pamięć wbiły się nam strasznie ciasne i zakorkowane uliczki w centrum, gdzie zaparkowanie auta jest prawie niemożliwe, do tego wszędzie te niebieskie kafelki, księgarnia Lello i ten most żelazno-ażurowy Luisa I, którzy zbudowali kolesie Gustava Eiffel'a. Tak, tego samego co swoją drogą daje kolejny asumpt do uznania, że w kontekście Walentynek Porto jest takie sobie.

A wiecie, że nad samą rzeką w betonowym filarze jest knajpka, gdzie serwują taaaakie dobre wino? A jak powiecie kelnerowi, że kibicujecie FC Porto to dostaniecie zniżkę (co oznacza, że złorzecząc na Benfikę możecie pewnie liczyć na darmową karafkę). No właśnie…wino. Nazwa miasta zobowiązuje i sprawia, że w pewnym momencie liczba skojarzeń gwałtownie się kończy. A nie, przepraszam, jeszcze zobaczyliśmy charakterystyczną podobiznę a'la Zorro na dachu budynku po drugiej stronie rzeki. I z dziennikarskiego obowiązku postanowiliśmy zbadać to miejsce. A tam oczywiście Sandeman, czyli najbardziej znana faktoria wyrabiająca winko. I oczywiście zapraszająca na zwiedzanie podziemi, gdzie leżakują beczki, butelki i oczywiście trzeba degustować. To znaczy niby nie trzeba, ale jak już się zapłaciło za bilet, to szkoda tracić, a poza tym to nasza podróż poślubna przecież, czas relaksu. A relaks nam się po traumie Barcelony bardzo przydał. No to zdegustowaliśmy. Ale od razu uznaliśmy, że próba nie była miarodajna, bo to tylko jedna faktoria, a na nabrzeżu jest ich jeszcze kilkanaście. Rzuciliśmy się więc w wir zwiedzania, by wspólnie ustalić, gdzie w Porto dają najlepsze porto.

Nie pamiętam, kto wygrał. Nie pamiętam też, jak dotarliśmy do hotelu. Pamiętam tylko, że jak Gwiazda Betlejemska przyświecała nam iluminacja jakiejś wysokiej wieży (na 99 proc. Torre dos Clerigos), do której postanowiliśmy bieżyć niczym Trzej Królowie. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa, wieża okazała się króliczkiem, który nie był w stanie stać spokojnie. Im bardziej według naszego planu się zbliżaliśmy, tym bardziej wieża się od nas oddalała. W końcu musieliśmy chyba uznać, że jej zwiedzanie odkładamy na drugi dzień. Po 11, gdy już wstaliśmy.

5 najgorszych miejscówek na Walentynki

Do Rzymu zawsze warto jechać, nie tylko w Walentynki (zresztą, każdy weekend może być romantyczny, co nie?). O jego atrakcjach szczegółowo pisaliśmy już TUTAJ – teraz tylko przypominamy, że naszym zdaniem najlepsza na romantyczną kolację jest jedna z trattorii znajdujących się tuż za Koloseum, w drodze do Lateranu. Naszym osobistym typem jest Trattoria Luzzi położona przy Via san Giovanni in Laterano 88. Jest przepysznie i z włoskim klimatem – głównie lokalna klientela, nikt nie mówi po włosku, co odstrasza turystyczną klientelę (jak widać, nie wszystkich 😉 ). Jedna uwaga – raczej udawać się na jedzenie PO zwiedzaniu, bo zrobienie tego przed lub w trakcie grozi gwałtownym zakończeniem dnia z powodu przejedzenia.

5 najgorszych miejscówek na Walentynki

Polski rodzynek na Walentynki, ale jakże uroczy – zlokalizowany 45 km od Torunia, sprytnie reklamujący się jako miasto zakochanych. Tak sprytnie, że pewnie mało kto o tym słyszał. Ale pomysł na promocję mają dobry – w miejscowym kościele Ducha Św. znajdują się relikwie Walentego, czyli patrona tego irracjonalnego święta. Nie wiemy, jak Chełmno wygląda w Walentynki (na stronie miasta włodarze chwalą się tłumami turystów), ale w sezonie (byliśmy tam na początku września) akcenty są przyjemne i raczej niezbyt nachalne. Wiadomka, są serduszka, jest mostek, na którym można wieszać sobie miłosne kłódki (i to chyba jedyne miasto w Polsce, gdzie jest to jakkolwiek uzasadnione). Jest też ławeczka zakochanych, na którą ustawiona jest kamera, więc możemy wysłać znajomkom adres i pomachać im wirtualnie – to akurat miły akcent (właśnie na tej ławeczce trzasnęliśmy sobie zdjęcie). No i relikwie, choć akurat w czasie naszej wizyty kościół był zamknięty na cztery spusty.

Ale Walenty to tylko dodatek, bo stare miasto Chełmna jest rewelacyjne. To przede wszystkim zachowane prawie w całości, ciągnące się przez prawie 2 kilometry mury miejskie. To imponujące kościoły, przyjemne kamieniczki i świeżo odnowiony rynek. Reasumując, to dobre miejsce na 2-3 godzinny spacer.

A Chełmno to idealny punkt na wycieczkę po okolicach Torunia, gdy przejedzą się wam już pierniki. Oprócz Chełmna nasza całodniowa wyprawa przebiegała też przez Grudziądz (ta skarpa, te spichrze, ta panorama miasta!), Chełmżę (takie Chełmno, tylko mniejsze) i Świecie (tam też mają swoją krzywą wieżę).

PODOBAŁ CI SIĘ WPIS? POLUB NA FEJSBUKU, PODZIEL SIĘ NIM Z INNYMI!

Print Friendly, PDF & Email

You Might Also Like

7 komentarzy

  • Odpowiedz
    Winia
    Luty 14, 2017 at 1:20 pm

    Kino! Niezaleznie od miasta 😉

  • Odpowiedz
    Groszka
    Luty 22, 2016 at 1:55 pm

    Chełmno… nie byłam tam. Ze swojej strony mam prośbę. Jeśli gdzieś w Polsce podczas podróży skorzystacie z wybitnie smacznej gastronomii w towarzystwie pięknej aranżacji wnętrza, piszcie! Np. do takiego Chełmna mogłabym jechać z mężem, ale żeby go przekonać musiałabym podnieść argument uczty dla ciała i ducha 😀

  • Odpowiedz
    enemi
    Luty 16, 2016 at 11:13 pm

    Byliśmy w tym roku w Chełmnie na Walentynki. Trochę festiwal kiczu, ale też kilka fajnych pomysłów.

    • Odpowiedz
      weekendowi
      Luty 22, 2016 at 7:01 pm

      Ważne, że coś się dzieje:) i można o tym pisać:)

  • Odpowiedz
    Aina liquiddreams.pl
    Luty 14, 2016 at 6:50 pm

    Walentynek również nie znoszę a z wymienionych miejsc nie byłam tylko w Chełmnie (wstyd…), z czego do Barcelony i Budapesztu chętnie bym się wybrała ponownie, a do Paryża i Rzymu wcale mnie nie ciągnie;)

    • Odpowiedz
      weekendowi
      Luty 22, 2016 at 7:02 pm

      Może nie wstyd, ale w pakiecie z Toruniem warto zobaczyć:)

    Leave a Reply