Bałkany Inne

„Special price, my friend”, czyli szybki poradnik negocjowania tanich noclegów

To były zdecydowanie najdziwniejsze negocjacje w sprawie noclegu w moim życiu. Ale opłaciło się, bo mieszkanie okazało się super, a Ochryda to pozycja obowiązkowa podczas zwiedzania Macedonii.

Do Ochrydy wjechaliśmy w piątek późnym popołudniem. Piękna pogoda, słońce powoli chowało się za horyzontem, a ponieważ to jedno z ulubionych punktów miejscowych na weekendowe wypady na drodze było sporo samochodów. Jechaliśmy więc powoli do miejsca, w którym mieliśmy zarezerwowany nocleg. Mieliśmy adres hotelu (rzekomo blisko centrum) i jako takie wytyczne, jak do niego dotrzeć, bo nasz wysłużony GPS już w Skopje powiedział nam: „Spieprzajcie i bawcie się sami, ja wysiadam”. W tej sytuacji opracowaliśmy alternatywny plan: dojedziemy do centrum i tam popytamy o drogę lokalsów. Niestety (lub na szczęście) nie było nam to dane, bo w pewnym momencie na horyzoncie pojawił się Bobby. Któż to? Jeśli go zapytacie to dowiecie się, że kojarzy go każdy w Ochrydzie. I choć nie jest to małe miasto (55 tys. mieszkańców), to pewnie ma rację, gdyż jest bardzo…charakterystyczny. Nasze pierwsze spotkanie było dość zatrważające – staliśmy na światłach i nagle zobaczyliśmy pociesznego, grubiutkego gościa z orzechem na głowie, który pruł ile fabryka dała na swoim skuterku i machał w naszą stronę. Akurat zmieniły się światła, więc go zignorowaliśmy i ruszyliśmy dalej, ale złapał nas na kolejnym skrzyżowaniu. I od razu – puk puk w szybkę. Otwieram z wyraźnym nastawieniem: „No, thank you”.
– Hello, my friend! Jesteście turystami, prawda?
– Jak się domyśliłeś, my friend?
– Oczywiście po tablicy rejestracyjnej. „Dzień dobry”
– Eee…dzień dobry.
– I oczywiście z pewnością szukacie noclegu w dobrej cenie.
– Dzięki, ale już mamy nocleg. O, zielone światło, see ya!

Ruszyliśmy dalej. Pewni, że już się nie spotkamy, ale nie doceniliśmy determinacji człowieka z orzechem na głowie. Ruszył za nami i zapewne korzystając z wiedzy o działaniu sygnalizacji świetlnej w Ochrydzie, dopadł nas na kolejnych światłach. I znowu – puk, puk!
– Taaaaak?
– My friend, mam dla was noclegi w super apartamentach, w samym centrum. Widzę, że jesteście z dzieckiem, więc dam wam special price!
– Ale my już mamy zarezerwowany nocleg.
– Taak? – Bobby na chwilę został zbity z tropu. – A gdzie?
– O, tutaj – wyciągnąłem kartkę i mu pokazałem. –  A przy okazji, możesz nam powiedzieć jak…o, sorry, znowu zielone!
– zwinąłem kartkę i ruszyłem dalej, bo w Macedonii tak jak w Polsce kierowcy nie są szczególnie cierpliwi i po ułamku sekundy już usłyszeliśmy za sobą całą arię klaksonów.
Ruszamy dalej, a Bobby za nami. Determinacja godna podziwu, ale z drugiej strony jest już po sezonie, więc każdy grosz się przyda. Tym razem udało się przejechać jedne światła, ale na drugich – już przy samym centrum, wyszło na jego – znów stoimy na czerwony. I znów rozmawiamy.
– My friend, ale ten wasz hostel jest daleko od centrum – kiwa głową. – A ile płacicie?
– 20 euro – mówię zgodnie z prawdą. – A mógłbyś nam pokazać jak możemy tam dojechać?
– 20 euro? Drogo – zasępił się Bobby, po czym sięgnął do kieszeni. – My friend, oto moja wizytówka. Jeśli wasz nocleg wam się nie spodoba, a myślę, że się nie spodoba, bo jest daleko…
– Jak daleko?
– Jakieś 20 minut spacerem od centrum.
– O cholera.
– Exactly, my friend
– Bobby uśmiechnął się z satysfakcją. – Jedźcie za mną, zaprowadzę was pod ten adres.
No i ruszył, a my za nim. I tak sobie jechaliśmy, jechaliśmy. I jeszcze trochę jechaliśmy. W końcu skręciliśmy w uliczkę hmmm…przemysłową, pełną jakichś hurtowni i innych manufaktur. Mniej więcej w połowie Bobby zatrzymał się przy odrapanym dwupiętrowym budynku.
– My friend, to tutaj – oznajmił z triumfującym uśmiechem. – Na pewno chcecie tu nocować?
– No tak, mamy rezerwację.
– Dobra, to ja jadę. Jakby co, macie moją wizytówkę i dzwońcie. Do zobaczenia!
– Bobby uśmiechnął się na do widzenia i ruszył na swoim skuterku w siną dal.
Popatrzyliśmy po sobie z Izą – miejscówka nie wyglądała zbyt uroczo, ale może chociaż w środku będzie fajnie.
Wysiadłem z samochodu i wszedłem do budynku – w środku ciemno, głucho i pusto, tylko z góry dobiegały jakieś głosy. Wszedłem po schodach, otworzyłem drzwi i z miejsca zaatakowała mnie ściana papierosowego dymu. Okazało się, że wszedłem do jakiegoś baru – wszystkie stoliki były puste oprócz jednego, przy którym 5-6 starszych panów przy piwku i fajeczkach cięło w pokerka.
– Czego? – zapytał najstarszy. Nie jestem pewien czy tak powiedział, ale zważywszy na intonację, tak to właśnie brzmiało.
– I have a reservation in the hotel… – zacząłem niepewnie.
– Aaaa, okiej, okiej. Maria! – mężczyzna zawołał barmankę, która wychyliła się zza lady. – She show you, okiej?
– Okiej – odpowiedziałem, choć w sercu już podjąłem decyzję. Maria zaprowadziła mnie do naszego pokoju – ciasnej klitki z widokiem na śmietnik i majaczący w oddali fabryczny komin. – Is it okiej? – spytała.
– Muszę…muszę spytać żony, ale chyba jej się nie spodoba. Jakby co, to zaraz wrócimy. Okiej? – wybrnąłem najbardziej dyplomatycznie jak się tylko dało. I prawie biegiem ruszyłem do samochodu. Wsiadłem i bez słowa chwyciłem za telefon.
– Aż tak źle? – spytała rozbawiona Iza.
– Gorzej – odparłem tylko i już wsłuchiwałem się w „Eye of the Tiger” Katy Perry, którą Bobby miał ustawioną  zamiast sygnałów w telefonie. Po trzeciej pętli odebrał.
– Halo?
– Cześć Bobby, rozmawialiśmy przed chwilą…
– See my friend. I told you it was shit
– Bobby zaczął się śmiać. – Zostańcie tam, już po was jadę.
Przyjechał, odebrał, zaprowadził do swoich „apartamentów”, które rzeczywiście okazały się być apartamentami, tyle że w bloku. Mieszkanie czyste, duże, nowe meble, choć widać, że trochę zagracone no i jakiś esteta z poczuciem smaku mógłby kręcić nosem – nie wiedziałem na przykład, że Versace robi pościel ze swoim wielkim logo na kapie. Ale nie mieliśmy prawa narzekać – Bobby wziął swoje 15 euro, a my mieliśmy nocleg w komfortowych warunkach i mogliśmy spokojnie zwiedzać Ochrydę.
Uprzedzając pytania – nie, nie mam numeru do Bobby’ego, ale jeśli macie w planach zwiedzanie Ochrydy i szukacie fajnego noclegu, nie bójcie się – Bobby na pewno was znajdzie. A tu garść dowodów na to, że Ochrydę po prostu trzeba zobaczyć

DSC_0720_na_bloga DSC_0770_na_bloga

PODOBAŁ CI SIĘ WPIS? POLUB NA FEJSBUKU, PODZIEL SIĘ Z INNYMI! 

You Might Also Like

1 Comment

  • Odpowiedz
    Byliśmy w Skopje zanim to było modne. Spieszcie się zwiedzać Macedonię - weekendowi.pl
    Sierpień 10, 2016 at 11:12 am

    […] 3 godzinkach wracamy do samochodu i ruszamy w dalszą drogę. Nasz przystanek na wieczór to Ochryda, czyli podobno najpiękniejsze miejsce w całej Macedonii. Czy tak jest […]

  • Leave a Reply