Inne

Weź sobie roczny urlop od życia. I zacznij żyć!

Z natury staramy się nie zazdrościć niczego innym ludziom, bo jesteśmy zadowoleni z tego, jak wygląda nasze życie. Jeśli już jednak czasem komuś zazdrościmy, to ludziom, którzy są w stanie rzucić wszystko i ruszyć w podróż dookoła świata, by poznawać, eksplorować i poszerzać horyzonty. My nigdy byśmy się na coś takiego nie zdecydowali. A może…?

O podróżujących dookoła świata przypomnieliśmy sobie, przygotowując tekst o Budapeszcie, który przeczytacie już wkrótce. Pierwszy raz byłem tam w 2005 roku i był to świetny wyjazd, choć pojechałem sam. Wspaniała pogoda, fajny hostel, piękne dziewczyny, litry palinki, imprezy nad brzegiem Dunaju i wspaniałe słoweńsko-włoskie towarzystwo do przysłowiowego tańca i różańca. Program był prosty: w dzień każdy indywidualnie kontemplował Budapeszt, a wieczorem spontanicznie zbieraliśmy się przed hostelem i w zależności od siły/inwencji kontemplowaliśmy rzeczywistość na miejscu lub szliśmy w miasto.

Pod sam koniec wyjazdu do naszej kpiarskiej komitywy dołączył Phil – lekko szalony Australijczyk, który akurat odbywał swoją podróż dookoła świata. Zwiedzał dość chaotycznie, bo wcześniej był miesiąc w Kanadzie, potem na Bliskim Wschodzie, z Iranu skoczył na chwilę do Stambułu, by w Budapeszcie zawitać via Bukareszt i Kluż-Napoka. Był to dość osobliwy podróżnik, bo cały jego dobytek znajdował się w marynarskim worku wielkości małego plecaka ze stelażem i był mniej więcej takiej wielkości, jak mój bagaż na tę tygodniową wycieczkę.

Z Philem zgadaliśmy się przy wieczornym piwie i odbyliśmy typową gadkę-szmatkę. Siema, skąd jesteś? Z Polski? Pokaż, gdzie to? To może bym wpadł do ciebie, jeśli będę gdzieś w pobliżu? Spoko stary, wpadaj.

Tym chętniej, że jak się potem zorientowałem, nie dałem mu nawet adresu, nie wymieniliśmy się nawet telefonami. Ale skurczybyk i tak mnie znalazł. Jakieś 5-6 tygodni później. Znalazł mnie…w pracy, gdzie akurat byłem na stażu. Siedzę więc sobie przy komputerze, a tu nagle podchodzi do mnie asystentka działu. „Mariusz, jakiś gość dzwoni do ciebie. Nie mam pojęcia o co chodzi, gada coś po angielsku”.

Ja też nie miałem pojęcia. „Cześć Mario, tu Phil! To jak? Mogę wpaść? Na przykład jutro? Jestem gdzieś na granicy z Niemcami, złapię stopa i przyjadę”. Jak mnie znalazł? No, najwyraźniej plotki o słabych głowach Australijczków okazały się przesadzone – przy piwku powiedziałem mu, że zaczynam staż w gazecie i jakoś tam skojarzył fakty.

No i przyjechał – Płock bardzo mu się spodobał, tak samo Toruń, do którego pojechaliśmy 2 dni później. Być może do dzisiaj uważa, że oprócz pierogów polską narodową potrawą są naleśniki z Manekina.

Raz się tylko trochę przeraził. Wieczorem oglądałem telewizję i Phil wpadł na chwilę. Akurat leciał „Dług” – nie wiedział o co chodzi, więc pokrótce streściłem mu fabułę.
– Wow, dobry pomysł na scenariusz. Ludzie to mają pomysły.
– Hey dude, it’s a true story – odpowiedziałem.
– Poland’s one fucked up country, mate – odparł po chwili milczenia.

Przy okazji dowiedziałem się więcej na temat jego wyprawy, a była to historia rodem z kiepskiej komedii romantycznej z Jennifer Aniston w roli głównej. Phil wyruszył więc z Australii z Jeleną – swoją uroczą dziewczyną. Akurat rzucił studia prawnicze i potrzebował resetu, aby zrozumieć, co lubi w życiu robić, a potem zacząć to robić. Jeździli sobie po świecie wspólnie aż dojechali do tej feralnej Kanady – tam pożarli się o jakąś nieznaczącą pierdołę, a ponieważ obydwoje mają trudne charaktery, rozstali się i resztę podróży odbywali osobno. Jakie były szanse, że się spotkają po drodze? Ponieważ to wciąż jest świat taniego romcomu – szanse są całkiem spore. Phil i Jelena mogli być w każdym miejscu świata, ale jednak przeznaczenie nad nimi czuwało – w jednej chwili znaleźli się w małym antykwariacie w Damaszku. I skrywane uczucie odżyło na nowo. Ale tylko do Aten, bo kochali się tak mocno, że znów doszło do karczemnej awantury i znów się rozeszli. Ale tym razem postanowili, że pozostaną w kontakcie i spotkają się gdzieś w Paragwaju, może w Assuncion. Kilka miesięcy później Phil napisał mi, że rzeczywiście tam się spotkali. I resztę podróży spędzili już razem. 2 lata później wysłał mi zdjęcie całej rodziny – Phila, Jeleny i ich półrocznej córeczki.

Piszę o tym dlatego, bo taki gap year to musi być świetna sprawa i gdybym tylko mógł, swego czasu z pewnością wybrałbym się w taką podróż. Nie pojechałem, bo koszty wydawały mi się astronomiczne, a jedyna ekstrawagancja, na jaką było mnie w tym czasie stać, to właśnie tydzień w najtańszym hostelu w Budapeszcie. No i był też drugi czynnik – jestem co prawda niezorganizowanym człowiekiem, ale taki totalny chaos i improwizacja raczej nie mieszczą mi się w głowie. Za „moich” czasów jedyną formą gap year był wyjazd na zmywak, żeby np. zarobić na studia.

A może to tylko wymówki? Według Phila taka podróż to nie jest AŻ tak droga wyprawa (choć jeśli mówi to Australijczyk to znaczy, że za jego „niskie koszty” mógłbym pewnie wybudować willę z basenem i jacuzzi). Najdrożej wychodzą bilety lotnicze, zwłaszcza międzykontynentalne, a na miejscu podróżujesz po kosztach – stopem, jakimś InterRailem, jak tylko się da. Jak zaczyna brakować kasy, pracujesz dorywczo – Phil był barmanem, dawał korki z angielskiego i pracował na budowie. No ale jednak – była to więc bardzo improwizowana wyprawa, choć jednak w razie czego zawsze pod ręką była złota karta kredytowa tatusia. Tak na wszelki wypadek.

Tak czy inaczej – zazdroszczę. I jeśli ktoś ma możliwości, żeby w ten sposób spędzić kilka miesięcy życia – gorąco polecam. Tu nie chodzi o przygodę, imprezy i beztroskie życie. Bardziej o poznawanie innych kultur, zwyczajów, rozumienie innych punktów widzenia, które oduczą nas szkodliwych stereotypów. Tak sobie piszę, bo czasem rozmawiam z ludźmi sporo młodszymi ode mnie i jak schodzi na tematy „zagraniczne”, to mi włosy dęba stają na głowie. „Murzyni nie są przystosowani do pracy umysłowej i dlatego amerykańskie firmy mają problem, bo mają nakaz zatrudniać ich do pracy” – to tylko taki przykładowy kwiatek. Bo to, że podróże kształcą, to nie jest wyświechtany slogan. A na pewno kształcą bardziej niż filmy i „znajomy zna znajomego, który zna znajomego, który był w…”.

PODOBAŁ CI SIĘ WPIS? POLUB NA FEJSBUKU, PODZIEL SIĘ Z INNYMI! 

You Might Also Like

2 komentarze

  • Odpowiedz
    urlopnaetaciepl
    Lipiec 15, 2014 at 12:12 pm

    Dobry tekst.

    Bardzo mi się podoba, że zwróciłeś uwagę na relatywny zwrot „niskie koszty” oraz fakt, że bardzo często na dnie opowieści o rzuceniu wszystkiego i wyjechaniu jest „złota karta kredytowa tatusia” lub inna finansowa poduszka.

    Jednak, tak jak napisałeś – jak ktoś ma okazję to niech tak zrobi. Kropka.

  • Odpowiedz
    malgo
    Kwiecień 11, 2014 at 9:32 am

    Fajny post. Masz duzo racji. Jeszcze inne zjawisko jakie obserwuje w Polsce to ped na studia od razu po liceum. nie wazne jakie, nie wazne czy ma sie jakies plany na potem, wazne zeby studiowac. W UK wiele osob bierze gap year, pracuje przez pol roku (a koszty zycia maja niewielkie bo moga jeszcze mieszkac z rodzicami) a drugie pol roku podrozuja. nie bioja sie pracy jako dostawca pizzy, kelner itd. Czasem ida na studia dopiero 2-3 lata po skonczeniu liceum. podoba mi sie to. teraz kiedy ktos przy stole rodzinnym pyta biednego nastolatka co chce studiowac, ja mowie mu zeby nastepnym razem jak ktos go spyta kim chce byc odpowiadal „chce byc szczesliwym czlowiekiem” ale jeszcze nie wiem co to znaczy jesli chodzi o dalsza edukacje. Mi dluga podroz bardzo sie marzy. moze sie uda kiedys. kto wie…

  • Leave a Reply