Azja

Jerozolima i Autonomia Palestyńska: niezbędnik turysty. Izrael w pigułce [Część 2]

W Izraelu spędziliśmy w sumie tylko 5 dni. Niby mało, ale nam wystarczyło. Poza tym jestem przekonany, że na pewno kiedyś tu wrócimy. Jest w tym kraju tyle miejsc, które chcielibyśmy zobaczyć. Nic straconego.

Na początku marca dzieliliśmy się ogólnymi informacjami na temat podróży do Izraela. Wtedy rozwiewaliśmy mity, dziś opowiemy wam trochę o tym, jak zwiedzaliśmy Jerozolimę i okolicę. Mamy nadzieję, że choć kilka osób przekonamy do takiej podróży. Naszym zdaniem naprawdę warto

Naszą podróż zaczęliśmy możliwie najbardziej konwencjonalnie, od Jerozolimy. Na miejsce dotarliśmy późno, ok. 22 i po zameldowaniu się w hostelu przy Jaffa Gate (na który już zdążyłem ponarzekać) udaliśmy się na nocny spacer, którego celem miała być Ściana Płaczu. Z Bramą Jafską związana jest ciekawa historia – gdy w 1898 roku Jerozolimę odwiedził niemiecki cesarz Wilhelm II tureckie władze miasta specjalnie wyburzyły część murów tuż obok bramy, by cesarz mógł wjechać do miasta powozem. Od dawna było bowiem tradycją, że do wielcy władcy właśnie tą bramą wjeżdżają do miasta. Wilhelm to zresztą ciekawa postać – w kilku miejscach natknąłem się na wzmiankę, że był antysemitą, ale popierał ideę państwa żydowskiego. Było to jednak poparcie raczej symboliczne – w czasie cesarskiej wizyty z Wilhelmem spotkał się m.in. Teodor Herzl – twórca syjonizmu i duchowy ojciec współczesnego Izraela. Chciał uzyskać poparcie cesarza dla niepodległości Izraela, jednak wiele nie zdziałał – skończyło się tylko na kilku okrągłych zdaniach cesarza, który ideę niby poparł, ale…no właśnie. W każdym razie ta wizyta jest ważna dla Żydów – w muzeum w cytadeli Dawida poświęcono pobytowi "Kaisera" całą wielką salę wystawową.


Z lewej cytadela Dawida, w głębi Brama Jafska

Wizytówką Starego Miasta są okrążające dzielnicę monumentalne mury zbudowane w 1538 roku na polecenie sułtana Sulejmana Wspaniałego. Władcą był co prawda wielkim, łącząc w sobie najlepsze cechy Napoleona (podbił ogromne tereny) i Angeli Merkel (zreformował administrację i finanse publiczne Imperium), ale też chyba roztargnionym. Dość powiedzieć, że gdy zlecił budowę murów wokół Jerozolimy, dopiero przy końcu robót zauważył, że nie obejmują one Góry Syjon, na której znajduje się m.in. grób króla Dawida i Wieczernik. Dziś pewnie zerwałby kontrakt, nasłał sanepid i nakazał rozbiórkę samowoli budowlanej, rozpisując nowy przetarg na inwestycją w systemie „Zaprojektuj i buduj”. Ale Sulejman zrobił to, co pewnie wielu z nas chciałoby zrobić z budowniczymi dróg i innych opóźnionych inwestycji na Euro 2012 – skazał ich na karę śmierci. Zapewne miał jednak w sobie odrobinę angielskiej krwi i tamtejszego poczucia humoru – „docenił” dokonania budowniczych, chowając ich ciała w murach Starego Miasta, a konkretnie – we wspomnianej wcześniej Bramie Jafskiej.

A mury imponują do dzisiaj. „Mają rozmach, skurwysyny” – powiedziałby zapewne Siara. Wystarczy garść danych: ich przeciętna wysokość to 12 metrów, a grubość – 2,5 metra i ciągną się przez ponad 4 kilometry. Spacer wokół nich, choć męczący to pozycja obowiązkowa. Choćby po to, by zobaczyć wszystkie bramy, z których każda ma swoją historię. Są więc żydowskie Brama Gnojna i Brama Dawida i najstarsza ze wszystkich Brama Damasceńska, która do momentu jej zobaczenia na żywo kojarzyła mi się tylko z „Assasin’s Creed” – w rzeczywistości jest nieco mniej imponująca niż w grze, ale przynajmniej nie trzeba rozbijać głów kilku krzyżowców, aby wejść do miasta. Najważniejsza jest jednak Brama Złota – jedyna bezpośrednio prowadząca na Wzgórze Świątynne. To szczególne miejsce dla trzech religii – tędy w Niedzielę Palmową do Jerozolimy wjeżdżał Jezus, to tu Żydzi wznosili modły po zburzeniu Świątyni. Tu odbędzie się też Sąd Ostateczny – z Góry Oliwnej zejdzie wówczas Jezus i Złotą Bramą wkroczy do Starego Miasta, gdzie będzie sądził wszystkich ludzi.

A zakładając, że świat skończy się tego samego dnia dla wyznawców wszystkich religii, Jezus zapewne  minie po drodze do Jerozolimy Allaha, który właśnie przy Złotej Bramie będzie ważył na swojej szali muzułmańskie dusze. Allah będzie miał łatwiej, bo łuki, na których zawieszone są szale są wmurowane w bramę. Jezus, gdyby rzeczywiście uparł się na Złotą Bramę, musiałby do jej przekroczenia użyć szlachetnej sztuki teleportacji, bo brama została w 1530 roku zamurowana przez władców osmańskich. Rozumiecie – taki sprytny sposób, by powstrzymać Wszechmocnego Boga przed wejściem do Jerozolimy. Możliwe jednak, że w dniu końca świata nasz Zbawiciel nie będzie musiał lewitować, obchodzić murów starówki dookoła ani skuwać tynków, bo Żydzi wierzą, że brama zostanie otwarta w Dzień Sądu, a wejdzie przez nią Mesjasz, czyli Zbawca. Nie Jezus, który dla wielu Żydów jest sekciarzem i buntownikiem w rodzaju Spartakusa, którego za próbę obalenia ich porządku spotkała zasłużona kara.

Ale wróćmy do naszego wieczornego spaceru. Aby dojść do Ściany Płaczu, musieliśmy się przebić kilkaset metrów przez arabskie targowisko (między Bogiem a prawdą zajmuje ono lwią część Starego Miasta). Za dnia to miejsce tętni życiem, po zmroku zaś…nie ma ani żywej duszy. I nie jest to przenośnia – na Starym Mieście nocą nie widać ani turystów ani miejscowych – nie ma nikogo. Ot, czasem tylko jakiś mały Arab przemknie się z papierosem w ręku albo handlarz szlauchem polewa kamienną posadzkę, przygotowując ją na kolejny dzień targowy. Wszystko oświetlone dyskretnym światłem latarni robi niesamowity klimat. Choć targowisko roi się od korytarzy i ciemnych zaułków, czujemy się bezpiecznie – ta część starówki jest tak obleczona kamerami monitoringu jak dobra kasza skwarkami (cytując klasyka).


W końcu docieramy do Muru – choć pora jest późna, na ogromnym placu jest całkiem tłoczno. Tłumów nie ma, praktycznie sami Chasydzi i ortodoksi, kilku świeckich i praktycznie zero turystów. Ale co się dziwić – to w końcu święte miejsce Żydów, w którym czują się najbliżej Boga. Dlatego nieco mniej dziwi napis przy bramce kontrolnej przed wejściem na plac, który brzmi mniej więcej tak: "Naczelna Rada Rabinów uznała stosownym zarządzeniem, że w czasie szabatu Żydzi mogą przechodzić przez elektroniczne bramki wykrywające metale". Śmieszne? Niby tak, ale wedle tradycji w czasie szabatu pobożni Żydzi powinni wystrzegać się podróżowania i jakiejkolwiek pracy fizycznej. Niektórzy posunęli te dogmaty tak daleko, że tuż przed szabasem dzielą papier toaletowy na skrawki, by w czasie świętego dnia nie musieć go odrywać, uznają to bowiem za pracę.

Tymczasem podchodzimy bliżej do Muru i rozdzielamy się – ja idę do strefy męskiej, Iza do znacznie mniejszej, kobiecej. Ta jej strefa jest jakby ciekawsza – kobiety stoją zbite w kupę, jedna obok drugiej, niektóre przywarte do muru, inne stoją tuż obok i żarliwie się modlą. W strefie męskiej panuje większy "luz", choć ton nadają Chasydzi i ich oficjalny dress code. Niektórzy w transie wypowiadają wersy tory, kilku mężczyzn zbitych w grupkę śpiewa psalm, jeszcze inni stoją w zadumie. Ściana Płaczu to miejsce lamentu nad Wielką Świątynią Jerozolimską, zburzoną przez Rzymian. Ale to też miejsce wiary i nadziei, gdzie każdy może zapisać na karteczce swoją prośbę i włożyć w kamienną szczelinę Muru.

Mur to jedyna zachowana część Świątyni i najlepszy symbol konfliktu arabsko-izraelskiego. Bo na dobrą sprawę miało go…nie być – tuż przed wybuchem wojny sześciodniowej król Jordanii Husein planował zbudować na wielkim placu przed murem luksusowy hotel, by już na zawsze odgrodzić Żydów od Boga. Nie udało się, jednak mur to wciąż mur – oddziela dwa od dawna zwaśnione narody. Wystarczy wspiąć się po schodkach na górę tuż przy wschodnim wyjściu z placu, by zobaczyć mieniącą się złotem monumentalną Kopułę Skały i nieco mniej okazały, ale równie ważny dla Arabów meczet Al-Aksa. Ale tam udamy się dopiero jutro – wejście na Wzgórze Świątynne jest możliwe tylko w godzinach 7.30-11 i 13.30-14.30.

Arabowie też są mocno nieufni – co jakiś czas jest głośno o protestach w związku z pracami archeologicznymi, które Żydzi prowadzą pod Wzgórzem Świątynnym. Zdaniem co większych miłośników spiskowych teorii dziejów (A tu jest ich wyjątkowo dużo, bo przecież pierwsza zasada tropiciela spisków jest taka, że światem rządzą Żydzi i cykliści) Żydzi planują tajny tunel i podkop, przez który wysadzą Al.-Aksę i Kopułę Skały w powietrze. A wszystko po to, by odbudować Świątynię. Jest to oczywiście część masońskiego spisku, któremu przewodzi Antychryst, a nowa Świątynia ma być symbolem jego dominacji nad światem. Bo spiski można wietrzyć wszędzie – ponoć nowo wybrany papież Franciszek to dokładnie przemyślany wybór już przed laty. Ma on być papieżem, który ostatecznie rozmontuje kościół i cytat dosłowny z jednego z forów: "(…)Do roku 2017 kiedy to żydo-masoneria będzie swiętować 300 lecie ujawnienia (1717) (…) rzuci sztandar Kościoła Katolickiego do stóp Lucyfera(…)"

Ale wróćmy do zwiedzania, bo po pierwszej nocy (przerwanej brutalnie przez muzułmańskiej zaśpiewy) nowy dzień przywitał nas deszczem i chłodem – temperatura ledwie przekraczała 10 stopni. Wyszło nam to jednak na dobre – okazało się bowiem, że większość przybywających do Izraela turystów i pielgrzymów jest z cukru i w niepogodę wybierają siedzenie w hotelach. Dzięki temu uniknęliśmy tłoku i zwiedziliśmy bez problemu większość największych atrakcji Starego Miasta. No właśnie…atrakcji. W wielu miejscach nasze wyobrażenia o danym miejscu mocno przegrywa w konfrontacji z rzeczywistością. Tak jest i tutaj, np. na legendarnym Wzgórzu Syjon, na którym według podań znajduje się grobowiec króla Dawida, sala, w której odbyła się Ostatnia Wieczerza i Kościół Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny. Turystyczno-spirytualne kombo? Nic bardziej mylnego. W kompleksie, w którym znajdują się dwie pierwsze atrakcje, aż roi się od oszustów i naciągaczy, którzy próbują wyciągnąć od ciebie pieniądze. Jest ich kilkunastu i tylko czekają na twój jeden krok zawahania. "Szukasz Ostatniej Wieczerzy? Przyjacielu, lepiej nie mogłeś trafić", tak to mniej więcej się zaczyna, a potem musisz wznieść się na szczyty swojej asertywności, aby im odmówić. Mocno psuje to wrażenie z wyprawy na Syjon, a i tak wymienione wyżej miejsca kultu…no cóż, nie wiem czy w przypadku świętych miejsc wypada użyć zwrotu „dupy nie urywają”, ale tak to mniej więcej wygląda. Wieczernik to ciemna i pusta komnata, droga do której kompletnie nie jest oznaczona. Bardzo możliwe, że byśmy do niej nie trafili, gdyby nie jakaś wycieczka z Rosji, która też się tam udawała. Pod wieczernikiem znajduje się grób króla Dawida – teoretycznie drugie najbardziej święte miejsce dla Żydów, dokąd pielgrzymowali w czasie, gdy Jordania zajęła Jerozolimę i zabraniało obywatelom Izraela odwiedzania Ściany Płaczu. Miejsce to (swoją drogą, kwestia czy rzeczywiście pochowany jest tam Dawid budzi bardzo duże emocje) w ogóle nie przystaje do swojego statusu. To mała brudna salka (oczywiście podzielona na część męską i znacznie mniejszą damską) ze stojącym przy ścianie wielkim (także niemiłosiernie zasyfionym) sarkofagiem, do którego Żydzi wznoszą modły.

Z całą pewnością Twojemu zwiedzaniu Jerozolimy pomoże uświadomienie sobie, że choć jesteś w Świętym Mieście, to praktycznie żaden fragment Starego Miasta sprzed 2000 lat nie został zachowany. Tak naprawdę, nie licząc Ściany Płaczu, jedynym zachowanym fragmentem miasta z czasów rzymskich jest Ha-Kardo – w czasach okupacji miasta przez Imperium główna arteria Jerozolimy. Dziś to handlowe serce dzielnicy żydowskiej – pieczołowicie odnowione, z ekskluzywnymi sklepami i równie eksluzywnymi cenami.

Kolejnym punktem zwiedzania była Cytadela Dawida, a właściwie turecka twierdza zbudowana w XVI wieku przez cesarza Sulejmana Wielkiego. Jeśli wierzyć Żydom, to tutaj król Dawid ułożył psalmy znane ze Starego Testamentu. Dziś to ciekawe muzeum prezentujące historię miasta i państwa Izrael, a także chyba najlepszy punkt widokowy na panoramę Starego Miasta. Choć miłośnicy tradycyjnych muzeów mogą być zawiedzeni – nie znajdziesz tu tysiącletnich eksponatów, jest za to masa modeli, reprodukcji i multimedialnych prezentacji.

Następnie wybraliśmy się do Bazyliki Grobu Pańskiego, a potem pospieszenie ruszyliśmy pod Ścianę Płaczu, gdzie znajduje się jedna z bram prowadzących na Wzgórze Świątynne. Po odstaniu kilkunastu minut i przejściu szczegółowej kontroli naszym oczom ukazała się złota Kopuła Skały i Meczet Al-Aksa. Plac na Wzgórzu Świątynnym robi wielkie wrażenie, ale czy rzeczywiście jest taki święty? Trochę zdziwiły mnie grupki dzieciaków odbijające piłkę o zdobioną ścianę meczetu czy wrzeszczące i rozgrywające mecz na ścieżce prowadzącej do Złotej Bramy. Właśnie, bo z naszego punktu widzenia najważniejsza jest Złota Brama – aby ją zobaczyć, patrząc od wejścia przy Ścianie Płaczu, po wkroczeniu na Wzgórze trzeba skręcić w prawo w stronę Kopuły Skały, a następnie jeszcze raz w prawo w stronę murów obronnych – Brama będzie z lewej strony, przy małej promenadzie. I powiem szczerze, jak na taki zabytek i turystyczną atrakcję, a nade wszystko święte dla trzech religii miejsce, jakoś nikt specjalnie o nią nie dba.


Za dnia Wzgórze Świątynne to oaza spokoju w gwarnym i rozkrzyczanym Starym Mieście. Nic dziwnego, że można tam spotkać arabskie rodziny, robiące sobie pikniki albo nobliwych panów, majestatycznie spacerujących sobie wzdłuż drzewiastych alejek. Krajobraz psują jedynie turyści, choć to miejsce wzbudza pewną powagę, więc wszyscy zachowują się cicho i z pokorą, mając świadomość ważności Morii i faktu, że przed chwilą przeczytali restrykcyjny regulamin i wiedzą, jakie konsekwencje grożą im za łamanie pewnych zakazów. Swoją drogą – z jednej strony to trochę słabe, że od wybuchu kolejnej intifady Arabowie zabronili nie-muzułmanom wstępu do swoich świętych miejsc. Ale z drugiej strony – zazdroszczę im tej powagi i porządku,jaka panuje na Wzgórzu Świątynnym. Chciałbym, żeby tak samo było w Bazylice Grobu Pańskiego, gdzie mimo próśb o zachowanie ciszy panuje turystyczny gwar jak na targu. A do tego chyba bojowa atmosfera Jerozolimy się udziela, bo często zdarzają się tutaj tak gorszące sceny jak ostre walki duchownych:

Fatalne, ale wszystko, co jest własnością wspólną zwaśnionych stron budzi takie napięcia, że wystarczy tylko iskra. A opiekę nad bazyliką mają prawosławni Grecy, Ormianie i zakon Franciszkanów, a obecni są tam też przedstawiciele innych chrześcijańskich obrządków i wyznań.

Wieczorem przeszliśmy się jeszcze stacjami drogi krzyżowej, mijając m.in. łuk Ecce Homo i ruiny pałacu Poncjusza Piłata. Przejście tą trasą samodzielnie, zaczynając od pierwszej stacji przy Lwiej Bramie (my akurat szliśmy od końca) to ciekawe przeżycie, tym bardziej że część stacji jest mocno zakamuflowana w wąskich handlowych uliczkach. Przy jednej stacji (bodajże tam gdzie Jezus spotyka Magdę Magdalenę) jest kaplica, przy której mieści się całkiem solidnie zaopatrzony bar piwny. Pamiętajcie też, że choć wędrówka targowymi uliczkami Starówki rozpala wyobraźnię, to raczej na 100 procent nie jest trasa, którą pokonał Jezus w drodze na krzyż. Przez setki lat jej trasy były wytyczane wielokrotnie, a jej przebieg zależał od tego, jaki zakon cieszył się największymi względami u papiestwa lub którzy miejscowi kupcy mieli największą kiesę. Ta trasa, która obowiązuje obecnie, powstała w XVIII wieku, ale wciąż pojawiają się nowe koncepcje co do jej przebiegu. Kilka lat temu głośno było o wynikach badań Szymona Gibsona, który ustalił, że trasa Via Dolorosa zaczyna się na przeciwległym końcu starówki do obecnie obowiązującego i przebiega m.in. przez Wieżę Dawida i Bramę Jaffy.

A wieczorem wybraliśmy się na długi spacer po wąskich uliczkach Starego Miasta: takie pozornie bez celu włóczenie się to chyba najlepszy sposób na zwiedzanie jerozolimskiej starówki. Tu znajdziesz fajną knajpkę z pysznym falafelem, zaraz obok malutki sklepik z ręcznie robionymi dewocjonaliami, a dwie ulice obok zakamuflowany kościołek wyglądający, jakby od 500 lat nie zmienił się tam nawet jeden kamień.

Następnego dnia chcieliśmy jechać nad Morze Martwe, jednak odwiódł nas od tego recepcjonista. „Tam nic nie ma oprócz wody i plaży. A o tej porze roku na pewno się nie wykąpiecie” – przekonywał. Z rana wybraliśmy się więc na Górę Oliwną, skąd jest najładniejsza panorama Jerozolimy. To tu jest najwięcej zorganizowanych wycieczek. Widok z tarasu widokowego jest bardzo spektakularny, ale sama okolica nie jest szczególnie przyjazna, Choć może to tylko ja miałem wrażenie, że większość Arabów (na Górze mieszkają właściwie tylko oni) patrzyła na nas spode łba.

Ale ile można patrzeć na ten meczet? Dlatego po kilkunastu minutach znów siedzieliśmy w „czerwoniaku” i zmierzaliśmy w stronę dworca autobusowego w Jerozolimie. Stamtąd od razu wsiedliśmy do autobusu jadącego do Betlejem. Oba miasta są świetnie skomunikowane – podróż trwa ok. 40 minut, a autobusy ruszają średnio co kilkadziesiąt minut. Trasa przebiegała nad wyraz sprawnie i bezproblemowo, jeśli nie liczyć pewnej leciwej Arabki, która przez pół drogi niestrudzenie wpatrywała się w Izę.

Ledwo wysiedliśmy z autobusu w Betlejem, przywitał nas rój taksówkarzy. Każdy natarczywy, każdy oferujący najlepsze usługi. „Przyjacielu! Dokąd chcesz jechać? Zabiorę cię, gdzie chcesz!” – kuszą. Nie warto im odpowiadać. Na odczepnego mówię jednemu, że chcemy tylko zobaczyć Bazylikę Narodzenia Pańskiego, ale poradzimy sobie. „My friend! Basilica is very far!” – krzyczy „mój” taksówkarz i rozciąga przede mną mapę Betlejem i okolic. „Zobacz, ile kilometrów! Ale spokojnie, ja cię mogę tam zabrać, i jeszcze do Groty Pasterzy, i na Łąkę Zwiastowania i do Mlecznej Groty. To aż 5 miejsc,  bardzo daleko, a ze mną wszystko szybko zwiedzicie!” Oczywiście, nie mówi, że Grota od Bazyliki jest oddalona o 200 metrów. Oferuje przy tym promocyjną cenę – tylko 100 szekli (ok. 55 zł). Mówię, że za drogo i pytam, za ile kurs do Bazyliki. On mówi, że 30, ja – że dam góra 20. W końcu ustalamy cenę na  25 szekli i ruszamy. Przez pierwsze 2 minuty jazdy nasz taksówkarz nie przestaje trajkotać. Odwraca się, wymownie pokazuje mapę i jakimś cudem nie powoduje wypadku na tej zatłoczonej drodze licząc, że jeszcze nas skusi. W pewnym momencie chce nawet skręcić z trasy prowadzącej do Bazyliki w kierunku łąki, ale wymownie mówię mu, że chcemy jechać tam i którędy by nas nie zawiózł, nie zapłacę mu więcej niż 25 szekli.

W końcu przestaje szaleć. Wyraźnie wkurwiony odwraca się w stronę kierunku jazdy (Dzięki Bogu!). Próbuję jakoś zagaić, bo z doświadczenia Polski wiem, że taksówkarze  to najciekawsi rozmówcy, ale strzela focha.

– Jak się żyje w Palestynie? Musi być ciężko – próbuję.

– Mister, you don’t pay, I don’t talk – odpowiada taksiarz i resztę drogi przebywamy w milczeniu. Dopiero przy Bazylice się reflektuje i pyta czy może na nas poczekać i odwieźć z powrotem. Dziękuję uprzejmie, a w odpowiedzi słyszę, jak pod nosem ciska arabską wiązankę, która nie jest raczej życzeniami przyjemnego pobytu na terytorium Autonomii.

Bazylika znajduje się przy Placu Bożego Narodzenia – głównym skwerze miasta. Nie wygląda on szczególnie imponująco – z jednej strony zamyka go odrapana kamienica pełna sklepów z pamiątkami, z drugiej centrum informacji turystycznej, przypominające architekturą dzieła z epoki wczesnego Gierka. Naprzeciwko kościoła znajduje się zaś minaret.


Główne wejście do Bazyliki Narodzenia. Niezbyt imponujące, prawda?

Idziemy do Bazyliki Narodzenia Pańskiego, która jest chyba najstarszym zachowanym kościołem w Ziemi Świętej. Jej początki sięgają 326 roku i czasów cesarza Konstantyna Wielkiego. Wchodzimy przez „Drzwi pokory”, które są tak niskie i wąskie, że przechodząc przez nie trzeba się pochylić. Ponoć zamysłem budowniczych było utrudnienie zdobycia świątyni przez wrogie wojska, ale po latach pojawiło się oczywiście ideolo, że drzwi są po to, by już na starcie pokłonić się Jezusowi. W tym raczej ascetycznie urządzonym kościele na pierwszy plan wysuwają się masywne kolumnady i ładny strop z desek. Miejsce urodzin Jezusa też robi wrażenie, choć w dobie wycelowanych w nie iPhone’ów, tabletów i aparatów wszelkiej maści godne przeżywanie pobytu w tym miejscu jest mocno utrudnione. Ciężko o powagę i skupienie, gdy musisz się przeciskać do "żłobka" przez stado emerytek z wycelowanymi w nie aparatami i komórkami.

Gdy wychodziliśmy z bazyliki, naszą uwagę przykuwa napis na ścianie biura informacji turystycznej: „Drogi Pielgrzymie! Pomódl się za Wolną Palestynę”.


Napis na murze biura informacji turystycznej

Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy do Groty Mlecznej, gdzie według podań święta rodzina schroniła się przed żołnierzami Heroda. Białe skały miały wziąć się ponoć stąd, że kilka kropel mleka karmiącej Matki Boskiej spadło na kamienie. To miejsce bardzo dla nas ważne, ale głównie duchowo, bo architektonicznie nie macie tu czego szukać – obecny kościół i kaplica powstały w 2006 roku. Widać zresztą, że nie jest to najpopularniejszy zabytek w Betlejem, a jeśli ktoś go odwiedza, to głównie Polacy – miejscowi sprzedawcy mają w swoim asortymencie m.in. biało-czerwone flagi, zdjęcia i obrazki z Janem Pawłem II, zaskakująco dobrze opanowali też kilkanaście zwrotów zachęcających do nabycia ich towarów.

Z powrotem na przystanek poszliśmy głównym deptakiem miasta, który pełnił jednocześnie funkcję lokalnego targowiska. Mimo dość wczesnej pory – była może 15 – tłok na deptaku był ogromny – młodzi, starzy, w średnim wieku, tak jakby na ulicę wyległo całe miasto. Tam toczy się życie – na tych kilkuset metrach są budki z żarciem, poczta, punkty usługowe, sklepy, to też miejscowy magiel i miejsce plotek. I to trochę dziwne, bo choć wydawałoby się, że akurat widok turysty nie powinien być dla nich szokujący, patrzą na nas z wyraźnym zaciekawieniem i jakoś tak podejrzliwie. Oprócz natarczywych sprzedawców nikt nam nic nie powiedział, ale i tak czuliśmy się na terytorium Autonomii trochę nieswojo. Nie wiem jak to wyjaśnić – choć Betlejem to właściwie jednorodnie arabskie miasto, to jest w nim taka atmosfera napięcia, oczekiwania na coś, może na sygnał, by ruszyć  z kamieniami na izraelskie czołgi. Ludzie wydają się być nieufni i trwający w takim nieznośnym stanie zawieszania. No i jest tam biednie, dlatego miejscowi są nieco bardziej natarczywi niż w innych częściach Izraela.

My też tak naprawdę nie byliśmy zbyt ufni, bo jak w każdym biednym zakątku świata nierówności społeczne są duże – znajdziesz tu więc brudne i wyglądające na głodne dzieciaki, a tuż obok kilku nażelowanych "dżolero" zadających szyku najnowszym Ferrari albo Hummerem. I raczej trudno mi sobie wyobrazi, aby jakakolwiek legalna praca w Betlejem dawała podstawy materialne do takiej motoryzacyjnej ekstrawagancji…

Wracając do Jerozolimy czekała nas kontrola paszportowa. Do autobusu weszło dwóch uzbrojonych po zęby żołnierzy i zaczęło sprawdzać dokumenty Palestyńczyków. My nie musieliśmy pokazywać paszportów, ale to i tak było ciekawe przeżycie patrzeć na twarze niektórych ludzi w autobusie, pełne dumy i pogardy dla izraelskiego pogranicznika. Zapamiętałem też małego chłopca, który gdy tylko żołnierz się odwrócił, pokazał palcem symbol podcinanego gardła. I wydaje mi się, że na twarzy jego mamy zobaczyłem coś na kształt uśmiechu…

Bo pytanie, które samo przychodzi na myśl podczas pobytu w Izraelu brzmi: Jak to jest możliwe, że to wszystko jakoś funkcjonuje, a oni się co chwilę nie rzucają sobie do gardeł. Przecież tam każda, najmniejsza nawet decyzja jednych związana jest z protestami drugich – dotyczy to nawet tak teoretycznie niezbędnych rzeczy jak budowa linii tramwajowej, którą oprotestowała Organizacja Wyzwolenia Palestyny. Okazało się bowiem, że niektóre przystanki są zaplanowane w częściach miasta, do którego roszczą sobie pretensje Palestyńczycy. Wybuchła awantura, w wyniku której kilka firm, nie chcąc się narazić na straty wizerunkowe, wycofała się z prowadzenia inwestycji.

Ten ich coexist widoczny jest wszędzie – nawet w telewizji. W naszym hostelu w Jerozolimie mieliśmy do wyboru dziesiątki kanałów z każdego skrawka Półwyspu Arabskiego, nawet telewizję wolnej Palestyny, ale żadnego „koszernego”. W Tel-Awiwie na odwrót – lokalna platforma cyfrowa to czysty hebrajski, a żeby było śmieszniej – w ichnich kanałach premium dba się wyjątkowo o…czystość rasową. O co chodzi? Kiedy byśmy wieczorem nie rzucili okiem na telewizor, na jednym z kilkunastu kanałów był film z żydowskim aktorem w roli głównej. Ben Stiller, Adrien Brody, Sandra Bullock, Dustin Hoffman – jeden za drugim. A najwięcej filmów było z najbardziej żydowską gwiazdą Hollywood, czyli Adamem Sandlerem. Dobrze wiedzieć, że jest choć jeden naród, któremu jego popisy wydają się zabawne. I ja oczywiście nie mówię, że to źle – tyle że taki nacjonalizm telewizyjny wygląda dość zabawnie. Bo tak jak bardzo lubię np. Adamczyka, prędzej puściłbym pawia niż obejrzał maraton składający się z „Karola – człowieka, który został papieżem”, „Chopina” i „Och, Karol 2”.

Żydów i Arabów oddziela więc niewidoczna linia demarkacyjna – każdy ma swoje utarte ścieżki i wie gdzie nie chodzić, by uniknąć problemów. Co się dzieje, gdy te ścieżki się przetną? Obejrzyjcie poniższy szokujący film z Egiptu:

Mocne, prawda? Ten pierwszy pan pewnie łatwiej przyjąłby informację, że jego siostra się puszcza (nie z Żydami), a on sam jest adoptowanym dzieckiem dromadera i pastucha Hamzy niż to, że występuje właśnie w żydowskiej telewizji. A skoro tak, to pobicie prezenterki jest jak najbardziej zasadne – z pewnych rzeczy w arabskim świecie widać się nie żartuje.

Z drugiej strony, taką linię demarkacyjną wyraźnie zobaczyliśmy, gdy wieczorem wybraliśmy się na spacer poza mury Starego Miasta, gdzie dominują muzułmanie. Poza nim jest odwrotnie – idąc ulicą Jaffską, wzdłuż nowej linii tramwajowej i okolicznymi deptakami z najsłynniejszą izraelską ulicą Ben Jehuda na czele napotykaliśmy na tłumy Żydów. Tych ortodoksyjnych i całkiem zwyczajnych. Arabów tam nie ma lub przemykają szybko w drodze do domu – ich teren jest bliżej murów, choćby w okolicy dworca autobusowego. Ta część miasta wygląda jak przeciętne europejskie miasto – masa roześmianych ludzi, kluby i knajpy z ulicznym żarciem otwarte do późna, na ulicach gwar, ale czujesz się bezpiecznie. Do tego liczne kawiarnie z pyszną kawą i fantastyczne cukiernie (Mówię to z pełną stanowczością: Żydzi robią najlepsze słodycze na świecie. A każdy kto mnie zna i wie, jaką mam posturę, może potwierdzić, że znam się na rzeczy i popieram to wieloletnią praktyką). Nie ukrywam, że trochę bolały nas potem brzuchy, ale zrozumcie – to był Tłusty Czwartek, więc trzeba było trochę sobie pofolgować.

Piątek przywitał nas piękną pogodą – aż żal było wyjeżdżać. Szybko jednak spakowaliśmy się i po krótkim spacerze udaliśmy się w stronę dworca autobusowego. Tam kupiliśmy bilety do Tel Awiwu i po niecałych 2 godzinach byliśmy już w miejscu, które przewodniki określają „małym Nowym Jorkiem”. Czy słusznie? O tym przeczytacie w trzeciej części

Pierwszą część tekstu a Izraelu znajdziesz tutaj

PODOBAŁ CI SIĘ WPIS? POLUB NA FEJSBUKU, PODZIEL SIĘ Z INNYMI!

You Might Also Like

2 komentarze

  • Odpowiedz
    Jak podbijaliśmy Ziemię Święta, czyli obalamy mity o Izraelu (Część 1) - weekendowi.pl
    Styczeń 17, 2017 at 1:58 pm

    […] Część drugą tekstu znajdziesz tutaj. […]

  • Odpowiedz
    tomek
    Kwiecień 28, 2013 at 11:11 am

    Z bramkami zapewne chodzi o to, że są to urządzenia elektroniczne. A zatem należało rozważyć, czy potencjalnie mogłaby w nich przeskoczyć iskra, bo w szabat pod żadnym pozorem nie wolno rozniecać ognia. Z tego właśnie powodu w tym dniu nie działają przyciski w windach i nie wolno używać lampy błyskowej.

  • Leave a Reply